12/29/2016

Rodzinne pumptrackowanie

Rodzinne pumptrackowanie

Niekiedy to, co nas nie zabije, niekoniecznie może wzmocnić, jednak mimo wszelkich starań naszej najdroższej (sic!) służby zdrowia, wracam na rooooweeeeer! To tyle słowem usprawiedliwienia mojej długiej nieobecności.

Pamiętacie, że Pumptrack jest dobry na wszystko(klik)? To teraz powiem Wam jeszcze, że nadaje się też dla wszystkich.





Święta można spędzić przy stole- jedząc, pijąc, rozmawiając. Jak polityka jest tematem bez końca, tak zawsze znajdzie się dokładka jarzynowej i bigosu, więc wstać od stołu nie jest łatwo. Dawno niewidziana rodzina, żarty wujka, misternie ułożona fryzura, ciepło, choinka i jeszcze sto innych argumentów przemówi za tym, aby zostać w domu.


W całym tym lenistwie postanowiliśmy przeprowadzić mały eksperyment. Żeby nie było, że na facebooku na darmo życzyłam Wam (i sobie) rowerowych świąt, wyjeżdżając, wrzuciliśmy do auta nasze Scociątko i trochę szpeju.





Pierwszy dzień Świąt. Marudzimy rano, że rower, że tyle zjedliśmy, że trzeba się trochę przewietrzyć, ale raczej nikt nie traktuje nas poważnie. Kiedy jednak następuje mała zmiana planów i zwalnia się trochę czasu, pomiędzy wizytą u jednej Babci, a posiadówką u drugiej, przystępujemy do działania. I tak, mimo tekstów „chyba was pogrzało”, udaje nam się porwać 3 osoby na pumptrack w Wąchocku. (Ok, dla ścisłości, tylko dwie z nich jeździły ;))
















Nie bywamy często na pumptrackach, ale bardzo lubimy takie miejsca. Są świetne do ćwiczenia techniki, zawsze dają kilka punktów do kondycji i najważniejsze: szybko widać postępy. Także wśród osób, które dawno nie jeździły na rowerze, bądź nigdy nie miały potrzeby utrzymywania równowagi stojąc na pedałach. Dokładnie to zaobserwowaliśmy w niedzielę. Jeden rower na trzy osoby, to optymalna ilość, by złapać oddech między przejazdami. U nas proporcje były nieco mniej dogodne, ale dzięki temu mieliśmy więcej czasu na rozmowy i oglądanie postępów innych.


Dla jednych Wąchock to przede wszystkim skatepark. Dla nas, zdecydowanie pumptrack. Dosłownie przypadkiem zahaczyliśmy o ten pierwszy, kiedy Mama spytała czy nie idziemy jeszcze do „tego leja”. –Wow, to tam jest coś takiego? Chodźmy sprawdzić!

Panowie byli zachwyceni ;).














Podsumowując, jeśli sami jesteście fanami aktywnego spędzania wolnego czasu, czemu nie sprawdzić, czy przypadkiem rodzinie także nie przypadnie to do gustu? Może dla kogoś będzie ciekawa przygoda, dla dzieciaków konkretna atrakcja, a Wy nie będziecie cierpieć gnuśniejąc przez kilka(naście?) godzin przy stole? Z pewnością przy następnej okazji spróbujemy wsadzić na rower więcej osób, tym bardziej że teraz mamy sprzymierzeńców!

























7/15/2016

Mary Blue, czyli nowe wozidełko :)

Mary Blue, czyli nowe wozidełko :)

Tydzień od adopcji Mary Blue upłynął pod znakiem jeżdżenia. Lekko licząc, udało nam się spędzić w terenie ponad 20 godzin. Jak na etatowego pracownika, to chyba niezły wynik, zwłaszcza, że same dojazdy też trochę czasu zajmują.




Ale jakże tu siedzieć w domu, gdy w pokoju obok czeka na Ciebie taka maszynka:









Rama: Merida one-five-0
Widelec: SR Suntour epicon xc tad z manetką regulacji skoku 110-150 mm, oś 15 mm
Damper: Fox Float RP2
Hamulce: Shimano SLX
Tarcze: Shimano XT
Manetka: Shimano XT i-spec
Korba: Shimano deore
Zębatka: Absolute Black Oval 28T
Kaseta: Sunrace Black 11-42T
Przerzutka: Shimano deore z napinaczem
Łańcuch: Shimano deore
Sztyca: Kind Shox 125 mm
Manetka sztycy: Kind Shox Southpaw (obługiwana kciukiem)
Obręcze: Alexrims Supra BH 26 cali
Piasta przód: Dartmoor X-15
Piasta tył: Novatec
Opona przód na mleku: Schwalne Nobby Nic 2,4 EVO
Opona tył na mleku: Schwalne Nobby Nic 2,25 EVO
Mostek: Funn 35 mm
Rozmiar: M (17 cali)












Dodam, że po kilku jazdach zamieniłam kierę na moją własną XLC 770mm (niby długość modyfikowana, ale wciąż więcej niż 750mm Chemi Pro, którą dostałam w komplecie) z gripami Clarks oraz dorzuciłam pedały z tworzywa Dartmoor Candy Pro, co ostatecznie zatrzymało wskazówkę wagi na 14,5kg. Dużo? Pewnie tak, ale hallo, zamieniłam HT na kilogram lżejszego fulla, więc u mnie jest mega zmiana!:)









Jego wysokość mostek został też nieco zdegradowany (poprzez zmianę kolejności mostka z podkładką dystansową), co wydaje się być korzystne dla mojej pozycji, a co za tym idzie kontroli nad rowerem.




Macie czasem tak, że wchodzicie do innego pomieszczenia w domu, żeby popatrzeć na rower? Cóż, mnie się to cały czas zdarza. Nie mogę powiedzieć, że kolor ramy jest mi obojętny. Normalnie jestem fanką czerni w matowym wydaniu. Jednak akurat tutaj moje oczy nie mogą się nacieszyć tym niebieskim kolorem i czerwonymi akcentami.





Powiem szczerze, że przesiadka z bezobsługowego HT na bardziej „zaawansowany” sprzęt jest ciekawym doświadczeniem. Nagle tyle elementów można dopasować do swojego widzi mi się- sztyca, skok widelca, blokada dampera. O tylu sprawach trzeba też pamiętać zmieniając podjazd na zjazd. Komfort jest zdecydowanie nieporównywalny, ale przyznaję szczerze, ciągle coś potrafi mnie zaskoczyć. Jestem też bardzo ciekawa jak długo przetrwają pedały z tworzywa, skoro rockring już rozniosłam...<ups>

7/09/2016

Ladies in Blue

Ladies in Blue
Razem, czy jednak osobno?
Śmiganie po lesie ma wiele twarzy. Jedną z nich jest przemierzanie leśnych ścieżek w skupieniu i samotności. Skoro znam miejscówkę (jakżeby inaczej, skoro to jedna z niewielu w Kielcach?), swoje możliwości (tych przeważnie nie doceniam), pogoda jest w porządku (a wręcz i-d-e-a-l-n-a), to dlaczego nie?






Pewnie, że wolałabym pojeździć z moją rowerową kompanią, ale grafiki nam się nie zgrały. Każdy ma swoją (przynajmniej jedną) pracę, więc momenty, kiedy możemy wyjść razem na rower, należą do rzadkości.



Za samotną piątkową jazdą przemówił jeszcze jeden argument: czwartkowy, zupełnie spontaniczny zakup nieziemsko dopracowanej Meridy- dla przyjaciół Mary Blue. W sam raz dla takiego melancholijnego introwertyka, jak ja :). W końcu niebieski to szczególnie romantyczno marzycielski kolor, czyż nie?



Jedyny HT w rodzinie?


Jeszcze trzy dni temu żyłam w przekonaniu, że jako jedyna z naszej grupy, będę przez cały ten sezon dosiadała HT. I od kiedy na Joyride doświadczyłam, jak płynnie jeździ się na fullu, to może trochę mnie ten fakt uwierał. Jednak skoro Scott działa sobie całkiem nieźle i bezawaryjnie, to nie zamierzałam za wszelką cenę (z naciskiem na cenę:P) szukać nowej maszyny. I wtedy, zupełnie niespodziewanie na mojej drodze pojawiła się Mary. Od przeczytania ogłoszenia do zakupu minęło jakieś 12 godzin i to głównie dlatego, że trafiłam na nie wieczorem. Poprzedni właściciel nie dobierał części (i kolorów!!!) przypadkowo, a w dodatku okazało się, że to właśnie mój rozmiar, więc decyzja została podjęta błyskawicznie.


Natura, rower i ja...


Tak więc wczoraj wybrałam się z Mary na pierwszą przejażdżkę. Choć trudno w to uwierzyć, na Telegrafie byłam jedynym rowerzystą. Nikt ani nic nie zakłócało śpiewu ptaków i szumu drzew.








Włócząc się, udało mi się lekko zbłądzić i trafiłam na słoneczną polanę pachnącą poziomkami- nie sądziłam, że coś takiego jest w ogóle możliwe! Zjadłam też trochę jagód, wierząc, że tak jak za dawnych lat, nie będzie to groziło chorobą wściekłych zajęcy, czy inną bomblowicą...









Tak mi się miło zjeżdżało, że nawet nie zauważyłam jak się zużyłam... Po powrocie do domu jedyne o czym myślałam to: jeść, pić i spać. Dobrze, że są wakacje, a koty nie wymagają szczególnie troskliwej i nieustającej opieki ;).


Więcej o Blue Mary napiszę wkrótce, gdy poznamy się nieco lepiej.







Ps. Hej, świetna ławka!!!

5/18/2016

Kluszkowce- trochę odpłynęliśmy- JoyRide 2016 cz.II

Kluszkowce- trochę odpłynęliśmy- JoyRide 2016 cz.II


Po dniu pierwszym (relacja->klik), nadal było mokro, błotniście, brudno i zimno. Czegokolwiek by się nie założyło- przemokło. I choć nawet lama wie, że rowerów myjką ciśnieniową myć nie należy- wszyscy to robili. Bo wymówek nie było!








Suszenie po pierwszym dniu okazało się zupełnie zbędne. W sobotę rano deszcz padał doskonale równomiernie. Aż musieliśmy przeprowadzić kilka narad wojennych, aby przekonać się, czy na pewno chcemy wyjść. Och, pewnie, że chcieliśmy!









Zawsze najtrudniej wystawić czubek palca za próg. Później, kiedy byliśmy przemoczeni od stóp do głów, to już wszystko-jedno. Ostatecznym wyznacznikiem ilości zjazdów okazał się jedynie narastający chłód. W kontrze do niego stanęły tony endorfin, czysta (?!?!?!) radość ze zjazdów i fantastyczna atmosfera imprezy.







Z soboty każde z nas ma w pamięci błotno-szczęśliwo-zimno-wesoły zlepek. Tak brudni i tak zadowoleni byliśmy chyba jeszcze nigdy. Wygodnicki instynkt współczesnego człowieka został potraktowany błotnym sierpowym, a potem wkopany pod łóżko. O nowych wyczynach i dokonaniach niestety nie mogę napisać zbyt wiele. Może poza tym, że nasz debiut w grawitacyjnym kolarstwie WODNYM w sumie można zaliczyć do udanych.










Licząc na to, że meteo nie kłamie w kwestii niedzielnej pogody, po powrocie pojęliśmy jeszcze jedną dramatyczną próbę czyszczenia i suszenia...









Ostatni dzień imprezy, choć pełen kałuż, pozwolił nam znacznie bardziej docenić walory tras w Kluszkowcach. No i na przykład poznać trasę DH, która wcześniej bardziej nadawała się do spływu niż zjazdu.







W trakcie JoyRide’a odbywały się też targi rowerowe. Na początku nie mieliśmy na tyle czelności, by brudnymi łapskami bezcześcić wystawione tam ciuchy, kosmetyki rowerowe, czy osprzęt. Z pewnej odległości przyjrzeliśmy się więc wystawcom i eksponowanym produktom i dopiero w niedzielę zmacaliśmy wszystko, co zwróciło naszą uwagę. A było co oglądać! Kolorowy Rocday, czy Fox ze swoją świetną damską koszulką miami green (niech się nazywa jak chce, byleby NIE była różowa :P), albo wyjątkowo ciekawe modele jerseyów Local Outerwear, czy zachwycające czapki Melo Me i Slope’a. Litości natomiast nie pozostało dla rowerów, bo kiedy masz przed sobą Authory, Cannondale, Kellysy, Krossy, NSy, Romety, Specializedy i mnóóóóstwo innych, które możesz przetestować, to nie ma przeproś- zabierasz na trasę, nawet w to niemiłosierne błocko. Świetna sprawa, że rowery rezerwowało się przez internet kilka dni wcześniej. Choć wymagało to pewnego pośpiechu (niektóre modele cieszyły się wyjątkowym zainteresowaniem), to jednak później znacznie pomogło zorganizować czas na festiwalu.











Whip Contest, enduro, dual slalom, maraton Cyklokarpaty, Kids Race, a na deser oczywiście DH i wykręcanie czasów na pump tracku- fantastycznie było obserwować tyle różnych dyscyplin kolarskich i taki przekrój wiekowy zawodników startujących w nich. Można było trochę pojeździć, a w międzyczasie pooglądać i pokibicować. Bo w Kluszkowcach cale rowerowe życie toczyło się obok siebie! Jadąc wyciągiem na górę, miało się doskonały widok na zawody DH, a zjeżdżając A-linem można było akurat obserwować dzieciaki, albo maratończyków. Totalna integracja! Co chwilę spotykało się znajome twarze. Trochę szkoda, że przez pogodę odwołano fly baga, ale ktokolwiek doświadczył warunków panujących wtedy w Kluszkowcach, zrozumie dlaczego.
























Hm... Nie, nic Wam nie umknęło. Nie startowaliśmy w żadnej konkurencji. Były plany takie czy inne, ale ostatecznie cała nasza trójka zdecydowała się wpisać na listę „...jeżdżę i chilluję”. I to był doskonale spędzony czas. Aktywny wypoczynek wśród setek roześmianych rowerzystów, na imprezie z absolutnie genialną atmosferą w pięknych i klimatycznych Kluszkowcach.






5/13/2016

Kluszkowce-Deszczowce -Joyride 2016 cz.I

Kluszkowce-Deszczowce -Joyride 2016 cz.I

Prognozy były jednoznaczne. Cud nie nastąpił. Kiedy jednak wyczekujesz na urlop tak długo, to będziesz jeździć, mimo wszystko. Mimo chmur, mimo mżawki i później ulewy. I kilogramów błota wszędzie.





fot. by Diana Szwagrzyk


Pierwszy dzień Joyride i moja pierwsza wizyta w Kluszkowcach. Zebraliśmy się z samego rana i po odebraniu pakietów startowych, pierwszą turą wyciągu zabraliśmy się na górę. Jazda była sprawa i bardzo przyjemna.






Zaczęliśmy objazdem świeżutkiego Green Line’a. Trasa rekomendowana jako dobre miejsce dla początkujących i tu nie mogę się sprzeczać. Żadnych technicznych utrudnień, a prędkość będzie zależała tylko od naszej fantazji. Da się popędzić i mieć przy tym sporo radości. Ale...nie koniecznie na HT. Trasa jest jednak dosyć wyboista i na sztywniaku bardzo mocno wytrzepie. W ramach testów przejechałam ją też na kilku fullach i zdecydowanie poczułam różnicę. Jeśli więc ledwie zaczęliśmy jeździć a posiadamy już zawieszony rower, to Green Line będzie doskonałym wyborem.


Na kolejny rzut poszła A-line’a. Trasa idealna do zabawy, także na HT. Gładkie bandy, łatwe do kontrolowania stoliki i plus dla początkujących w postaci objazdów wszystkich trudniejszych elementów. Nic tylko jeździć i szlifować umiejętności.


Chyba, że akurat zacznie padać deszcz, który przerodzi się w totalną ulewę. Trasy będą robić się co raz bardziej śliskie, a potężną część budulca trasy zabierzemy ze sobą... Błoto będzie wszędzie... Jeśli tak, jak my, nie odpuścicie, to po kilku zjazdach, to właściwie nie będzie miejsca na Waszym ciele i rowerze, gdzie błoto się nie pojawi. Gdy natomiast nie odpuścicie nawet po pięciu czy sześciu zjazdach, to błoto będzie Wam zupełnie obojętne.




fot. by Diana Szwagrzyk



Nawet w deszczu i bagnie można sobie przyzwoicie pojeździć. To chyba jakieś pierwotne instynkty sprawiają, że taplanie się w błocku na rowerze jest w jakimś sensie świetną zabawą. I wcale nie bezcelową, bo radzenie sobie w mokrych warunkach da nam kilka punktów do techniki.


















Ale żeby nie było tak przyjemnie, to pozostawiam Waszej wyobraźni obraz jaki malował się po powrocie. O ilości pracy i czasu jaki potrzebny jest na ogarnięcie się, też nie będę wspominać. Dobrze, że tu, gdzie mieszkamy, zakwaterowanych jest też wielu innych rowerzystów, więc tony mokrych ciuchów przekonały Panią Właścicielkę do włączenia ogrzewania... Nie ma innej opcji, jutro wracamy na trasy!

5/01/2016

Pump it up!

Pump it up!

Jak połączyć przyjemne z przyjemnym? Podskoczyć na pumptrack w drodze na obiad do Mamy!


Moje pierwsze świadome pompowanie. Za cel wybraliśmy Wąchock, bo znajduje się przy szlaku naszej niedzielnej migracji.












Początek nie wyglądał zbyt spektakularnie. Muszę jednak przyznać, że szybko zaczęłam nabierać wprawy, a frajda rosła wprost proporcjonalnie do rozwijanej prędkości.








Korzystanie z pumptracka to jednak niesamowicie praktyczna dobra zabawa, bo:


1. Uczy balansowania ciałem- pedałowanie na takim torze nie dodaje prędkości tak dobrze jak pompowanie, więc automatycznie zaczynamy dążyć do uzyskania możliwie największej prędkości bez dokręcania.


2. Pomaga panować nad rowerem, kontrolować tor, utrzymywać równowagę. W cieplarnianych warunkach można trenować wchodzenie i składanie się w fajnie wyprofilowanych bandach.


3. To trening wszystkich mięśni. Jakkolwiek niewinnie by nie wyglądał taki tor, balansowanie całym ciałem wyciągnie z nas siłę szybciej, niż może się wydawać :P.



















Pumptrack jest dobry na wszystko. Zapomniałam o zdartym boku i kilku nadwyrężonych mięśniach. To także porządna ilość spalonych kalorii, więc przy obiedzie nie kręciliśmy nosem, że za duże porcje ;].






To był dobry dzień :)

4/30/2016

Rajd Bike Orient 2016 (wpis oraz relacja fimowa:))- bez spiny

Rajd Bike Orient 2016 (wpis oraz relacja fimowa:))- bez spiny

Na zadane z zaskoczenia pytanie, czy wybierzemy się „gdzieś” na rower, spontanicznie odpowiadam „TAK!”. Tym sposobem, zanim sprawę przemyślałam, znalazłam się na liście startowej Bike Orient. A nim przeczytałam dokładnie o co w tym wszystkim chodzi, wylądowałam na stracie ^^.








BikeOrient, czyli rajd polegający na możliwie najszybszym odnalezieniu punktów kontrolnych. Są dwie wersje: Trasa Giga i 20 punktów lub Mega i do odnalezienia 10 miejscówek. Wersje są tak przemyślane, by pierwsza z trasa wynosiła ok. 100km, natomiast druga 50km. Z założenia, każdy zawodnik sam wybrał sobie kolejność oraz punkty, które zdobywa.


Szybko świtnęło nam, że dla naszej trójki to nie kondycja będzie problemem w tym starciu...


Po przybyciu do Strawczynka, który obcy mi nie jest, jako że znajduje się tam też meta Twardziela Świętokrzyskiego, grzecznie zarejestrowaliśmy się i poczekaliśmy na mapy. Mapy wszyscy uczestnicy odsłaniają w tym samym momencie, co jest całkiem ciekawą sceną: pi razy oko dwieście osób, stłoczonych ramię w ramie, a przed nimi białe płachty. Wokół fotografowie i kamerzyści. Na znak, chwytają kartki i zaczynają myśleć oraz dyskutować we własnych drużynach, jak dotrzeć do poszczególnych punktów. I tak przez 5 minut.


Bazując na naszym bogatym doświadczeniu w startach w rajdach na orientację, wynoszącym dokładnie zero na głowę, wspólnie uznaliśmy, że PUNKT 10- BRZEG ROZLEWISKA będzie doskonały na rozgrzewkę. Po umieszczeniu map w naszych niezwykle profesjonalnych i podręcznych mapnikach (tylnia kieszeń spodni) ruszyliśmy raźnie w drogę. Jak samo dotarcie w okolice punktu szczególnie skomplikowane nie było, tak odnalezienie drzewa, na którym umieszczony był lampion i dziurkacz (odnalezienie punktu kontrolnego oznacza się na karcie dziurkaczem właśnie), już okazało się pewną zagwostką.







Dalej ruszyliśmy w stronę PUNKTU 12- SKRAJ LASU. Znowu szukanie, szukanie i szukanie. Na szczęście efektywne :). Niestety PUNKT 16- PRZY PRZECINCE nie był już tak łaskawy. Wynik starcia: przedzieranie się przez krzaki jeżyn po pas, mnóstwo czasu stracone, kolana podrapane do niemożliwości i punkt nieodnaleziony. Cóż, rozsądniej było ruszyć dalej do PUNKTU 13- KONIEC DROGI. Zaskoczenia nie było- pojawił się koniec dogi, więc i punkt też tam był.


Następnie na celownik wzięliśmy PUNKT 17- PODSTAWA SKAŁY Po przyjechaniu w okolice, przetarabaniliśmy się po zaroślach, tym razem wyższych od nas, i temu także nie odpuściliśmy.







Nie było możliwości, żeby nie odnaleźć PUNKT 1- BUFET, bo jedzenie to jedzenie i kropka. Swoją drogą, dobrze, że nasza drużyna wyznaje podobne poglądy: jest mnóstwo rodzajów przepysznego domowego ciasta, to trzeba spróbować. Każdego.


Grubi i szczęśliwi, potoczyliśmy się w kierunku PUNKT 15- WSCHODNI BRZEG RZEKI. Tu też poszło w sumie sprawnie. Dla nas, bo przyszło nam oglądać sceny szalonej desperacji- przenoszenie roweru przez rzekę, wylewania wody z butów. Uf, jednak dobrze, że postawiliśmy na inny dojazd. Już bez spiny, bo szukanie poprzednich miejsc zajęło nam tyle czasu, ile zajęło, pojechaliśmy do PUNKT 4- SĘDZIWY DĄB. A teraz pytanie roku, jak znaleźć to jedno jedyne drzewo, kiedy w okolicy miejsca wskazanego przez mapę jest całe mnóóóóśtwo dębów? Jeszcze nie wiemy. Punkt znaleźliśmy na farcie.



Czasu co raz mniej, ale spokojnie wystarczyłoby na odnalezienie jednego, a może nawet i dwóch miejsc. Jednak po dotarciu w okolice, gdzie powinien znajdować się PUNKT 3- SKRZYŻOWANIE DRÓG, nie byliśmy w stanie go odnaleźć. A może punktu nie było? Tym razem wyjątkowo skrupulatnie przeszukaliśmy miejsce, dlatego morale nieco opadły, kiedy okazało się, że musieliśmy ruszać w stronę mety. Tam czekała na nas ciepła strawa i zacny napitek.






Ostatecznie trzeba przyznać, że impreza zorganizowana wysokim poziomie. My zdecydowanie mniej zorganizowani. Wcześniejsze zapoznani się z jakąkolwiek mapą okolicy i najprostsze mapniki na kierownicę usprawniłyby jazdę nieporównywalnie ;).








Jeżyny po pas, podrapane kolana, drogi polne leśne i szutrowe, skrzywione koło, kłęby kurzu, stado owiec, pyszne ciasto po drodze, cały dzień włóczenia się z daleka od domu i w doskonałym towarzystwie. Po powrocie jedyne na co masz ochotę to kąpiel i spanie. Dzień idealny :)

4/19/2016

Film z zawodów.

Film z zawodów.

W weekend była przede wszystkim jazda. Nagrywanie przy okazji i tylko tam gdzie się dało. Na szczęście rodzina podrzuciła trochę materiału do wypełnienia luk. I mamy filmidło pamiątkowe. Kiedyś fajnie będzie powspominać :)

4/19/2016

TELEGRAF – MEMORIAŁ EDWINA CHLEWICKIEGO

TELEGRAF – MEMORIAŁ EDWINA CHLEWICKIEGO

Kto mnie widział w sobotę na treningach ten wiedział... I pewnie nie spodziewał się mnie zobaczyć w niedzielę. Też się siebie nie spodziewałam...





fot. by Anna Kotańska



II Memoriał Edwina Chlewickiego, organizowany przez Stok Narciarski Telegraf, MOSIR Kielce oraz MTB Kielce (mam też niejasne przeczucie, że i Presto Sport miał swój niemały udział w ogarnianiu tego wszystkiego). Jako zawodniczka, pozwolę sobie na krótką subiektywną relację wraz z jeszcze bardziej subiektywnym podsumowaniem.

Niedziela, czyli oficjalny dzień zawodów. Formuła przyjazna, bo dwa przejazdy i liczył się czas z lepszego z nich. W tym roku zawody dorosły, widać, do kategorii Kobiety, bo to nowość w porównaniu z rokiem poprzednim (nie spodziewałam się podkategorii Kobiety HT, bo chyba nigdzie takiej nie wydzielają :P). Memoriał z kameralnego pomysłu rozrósł się już do nieco większej imprezki. Ale nie oszukujmy się, po poprzednim roku takie były właśnie oczekiwania. (Państwo Organizatorzy, przyznajcie się, ile pytań dostawaliście w tej sprawie, hm;)?)






Zawody były rozgrywane na trasie, która nie powstała w tym celu. Została dopracowana niedawno, dodano też dolny odcinek, jednak chyba nasza kielecka ziemia nie okazała się dostatecznie przygotowana na takie szorowanie gumą. Już w trakcie serii treningów niektóre jej fragmenty zaczęły ewoluować.... I choć przetrwała do końca przejazdu ostatniego zawodnika, to już nie jest to ta sama trasa...





fot. by Anna Kotańska


Zaczyna się krótkim odcinkiem na stoku, następnie wskakujemy w las, do najbardziej technicznej (i niestety, rozsypującej się) części, która poprzez korzenie, podstępne bandy i ostre schodki dociera aż do doskonale wyprofilowanego drewnianego dropika (Panowie Budowniczowie, wybitnie udana część!). Następnie długi fragment przez stok, który choć na pierwszy rzut oka zupełnie nieszkodliwy, potrafi czasem uśpić czujność. Później hopa-banda-i hopaaa-aaalbo jednak nie. Objazd z lewej strony, to rozwiązanie bardziej na moje siły. No i nieszczęsne muldy, z którymi bez skoczonej wspomnianej przed chwilą hopy, niezbyt wiele da się zrobić. Na koniec stolik reprezentacyjny, aby by pokazać mogli się ci, którzy mają co pokazać (przeważnie ignoruję, gdyż do reprezentatywnych nie należę).





fot. by Anna Kotańska


No i przez taką traskę dotoczyłam się na czwarte miejsce. Z tego wszystkiego najważniejsze jest to, że się dotoczyłam, bo czwarte miejsce na cztery startujące kobiety, to nie szczególnie wartościowy wyczyn. Bez gleby (bo i jak przy takiej prędkości?), bez podpórek, z opanowanymi uślizgami. Cała trzęsłam się przed startem, w trakcie jazdy mój HT wierzgał się i podzwaniał, jak to sztywniak, a po zejściu długo jeszcze nie mogłam opanować drżących kolan. Ani ja, a ni mój rower nie jesteśmy przyzwyczajeni do takich stresów. Zwłaszcza, kiedy startuje się wśród zawodniczek notowanych wysoko w polskich zawodach, które miały lepsze czasy od pewnej części męskiego grona. Maja Bielecka, Kasia Darska i Natalia Budner, gratulacje Dziewczyny!



fot. by SZYMON331


I po co to wszystko? Z każdym wyjściem na rower podciągam mniej lub bardziej swoje umiejętności. Stopniowo (nie mówię, że nastąpi to za chwilę :P) będę jeździć coraz lepiej. Jednak to w żaden sposób nie przygotuje mnie to walki z takim paraliżującym stresem, jaki pojawia się przed startem w zawodach. Stając twarzą w twarz z TAKĄ presją, miałam ochotę odwrócić się i wyjść. Albo walnąć się na plecy i przeturlać się w krzaki. W czasie pierwszego zjazdu nie odzyskałam w magiczny sposób władzy nad ciałem. Byłam spęta aż do bólu barków (wiecie, jak nieprzyjemnie jest nadwyrężyć taki napięty mięsień :P?). Chciałam na tym zakończyć swój udział w imprezie. Znalazłoby się jakieś bolące coś, co można by podciągnąć pod kontuzję i po cichu oddalić się... gdzieś. No ale ok, stanęłam po raz drugi na podeście. Stopień zdenerwowania niewiele, ale jednak mniejszy. I co? W drugim przejeździe ugryzłam 6 sekund! Na własnej skórze przekonałam się, że jedyną słuszną metodą na radzenie sobie w takiej sytuacjach jest po prostu wystawianie się na ich działanie.

Panie i Panowie, główny cel, który założyłam sobie zapatrzona w pierwszy Memoriał Edwina Chlewickiego, niemal dokładnie rok temu, został zrealizowany! Nie do końca wierzyłam, że to zrobię. Po pierwsze, nie wsiadłam na rower dokładnie rok temu, lecz znacznie później. Po drugie, niestety nieco przekimałam zimę... Ale ok, jest odhaczone!



Teraz mogę już jeździć w spokoju...


fot. by Anna Kotańska



Hm... jeździć w spokoju?!




PS. Wieczorem jeszcze króciutka filmowa relacja, dla tych, co nie lubią dużo czytać ;)
Copyright © 2016 Projekt Ewa , Blogger