5/30/2015

Sine dobrego początki...

Sine dobrego początki...


No to się zapoznałam z nowym rowerem. Jak widać na załączonych obrazkach: było wylewnie, serdecznie i czuło. W sumie cały czas jest czuło, zwłaszcza na kolanie.


Po miesiącach poszukiwań funduszy, tygodniach przeglądania ogłoszeń (ukłon w stronę mojego Męża), kombinowania jakich części użyć by było tak, jak trzeba... Mam rower! 


Jako, że nasz wolny czas jest szalenie ograniczony, tak więc jedyną możliwością wybrania się pojeździć, było wyjście grubo po godzinie 21 na pobliskie osiedle. Szczególną mobilizacją okazało się fakt, iż następnego dnia wybieramy się naszą trzyosobową drużyną na 100 km rajd. Rowerowy, oczywiście. Więc jak każdy rozsądny człowiek, musiałam wcześniej przetestować zupełnie nowy rower. Jako, że maszynka do szosówek nie należy, testowanie zakończyło się przyśpieszoną lekcją sprawnego wjeżdżania na krawężniki oraz z nich zjeżdżania, a także pierwszymi, bardzo mało popisowymi bunny hopami... W przeciwieństwie do śladów na moich nogach, które należą do zdecydowania bardziej efektownych. Stawałam na głowie, żeby uchwycić cały ich czar i urok, ale widocznie nożne selfie  nie jest moją specjalnością :P.


Nowemu rowerowi, jako całości będzie oczywiście poświęcony osobny wpis. Tak jak i wycieczce, na której zakończyłam jazdę na poprzednim rowerze, o którym kiedyś wspominałam i który nawet do końca nie jest mój. No i oczywiście relacja z rajdu gwarantowana, tym bardziej, że nie jestem jedyną osobą z naszej drużyny, która wybiera się na nowym rowerze....;]

5/23/2015

Kroczek po kroczku...

Kroczek po kroczku...


Stało się. Przepadło. Nie ma odwrotu. Trzeba jeździć i kropka, bo...
W urodzinowym prezencie dostałam pierwszą część mojego rowerowego ałtfitu. Panie i Panowie, voilà, moje drugie w życiu, jednak pierwsze pełnoprawne, rowerowe rękawiczki!

Endura Full Monty Gloves, model letnich rękawiczek z zakrytymi palcami, dostępny przeważnie w dziale męskim. (I całe szczęście! Większość sportowych ubrań dla kobiet jest różowa, ma różowe wstawki, kwiatuszki, ptaszuszki, motyluszki, fuuuuuj!) Tak więc, na całe szczęście, moje rękawiczki są czarno szare z czerwonymi wstawkami i kropka.





Producent podaje nam następujące dane na ich temat:
Summer glove with mesh web between fingertips for ventilation
  • High stretch back with embossed neoprene knuckle panel
  • Mesh web between fingers for maximum ventilation
  • “Chain” construction of finger tips (no finger tip seams)
  • Gel padding on sudette palm
  • Silicone finger and palm prints for grip
  • Full-finger terry sweat wipe
  • Sure-fit wrist cuff with Velcro® adjuster
    źródło: http://www.endurasport.com/products/?ProductID=186

Jako, że rękawiczki zostały od razu wypróbowane, przedstawię teraz swoją wersję
  1. Na moją wielką łapę, rozmiar M okazał się idealny. Elastyczny materiał ładnie dopasowuje się do palców, przez co nie mam wrażenia, że moje dłonie są toporne i jeszcze większe. Dla dziewczyny, to jednak ważne ;).
  2. Jak na rękawiczki z zakrytymi palcami użytkowanie ich w warunkach letnich jest super komfortowe! Tak się złożyło, że zostały przetestowane w ok 25*C, podczas słonecznego popołudnia. Siateczka między palcami w połączeniu ze wstawką od wewnątrz dłoni rzeczywiście dobrze przepuszcza powietrze (oczywiście, kiedy już rozluźnimy nieco dłonie na gripach, cudów nie ma ;)).
  3. W ogóle, całość konstrukcji od wewnętrznej strony, zarówno materiał (zamsz?), jak i gumowe nadruki powodują, że łapki pewnie trzymają się gripów. Chyba pierwszy raz doświadczyłam czegoś takiego, że prędzej obrócę cały chwyt na kierownicy, niż rękę.
  4. Rękawiczki posiadają żelowe wkładki. Co do ich skuteczności mogę powiedzieć w tym momencie tyle- lepiej, że jest miękko niż, że nie :P.
  5. Super plus za dopracowanie takiego jednego szczegółu, że zapinanie zostało wykonane z wykorzystaniem TEGO rzepa. Rzepa, który nie czepia się wszystkiego jak szalony i który przykładowo nie przyklei się boleśnie do włosów. Naprawdę, taki drobiazg, a o ile wygodniej...


Jak wspomniałam, to moje pierwsze rękawiczki rowerowe z prawdziwego zdarzenia, więc nie mam porównania. W tym momencie idealnie spełniają moje potrzeby i właściwie nie miałabym potrzeby szukać „czegoś więcej”.



Warto jeszcze wspomnieć, że okoliczności w jakich zostały wypróbowane to nasz(Diany i mój) pierwszy babski wypad, bez doświadczonej obstawy. Do tej pory każda z nas miała swoją oślą łączkę, więc wypadało wzajemnie poszerzyć swoje horyzonty. Zdecydowane nie był to najbardziej wyczynowy dzień- ćwiczenie znanych fragmentów, udoskonalanie zakrętów, więc obyło się bez zabitych, a nawet rannych. Ale kroczek po kroczku i do przodu :)!

5/13/2015

O! Tam jedzie dziewczyna!

O! Tam jedzie dziewczyna!


Staram się wyciągać Męża na rower wtedy, kiedy na Telegrafie może nie być tłoczno. Pisząc „staram się wyciągać” mam na myśli to, że to ja proponuję rowerowe wypady, a nie to, że mojego Męża trzeba na rower namawiać. Wręcz przeciwnie ;).
Zależy mi na kameralnej atmosferze z dosyć oczywistych względów. Zdecydowanie nie czuję się pewna siebie, wstydzę się tego, że jeszcze nie skaczę hop (i nie będę skakać, póki nie dorobię się własnych dwóch kółek), jeżdżę tempem wolno-Krupówkowym i… zwracam na siebie uwagę. „O, tam jedzie dziewczyna! Dziewczyna tam jedzie!”-wykrzykiwały jakieś chłopaczki przez dobre kilka minut. No zgadza się, jechała dziewczyna. Super początkująca i w dodatku w tej części cyklu, która wyzwala instynkt mordercy…
To oczywiste, że będę zwracać uwagę, bo niewiele kobiet w Kielcach uprawia kolarstwo bardziej „terenowe”. Jednak jeszcze przez chwilę postaram się nie rzucać w oczy. W ostatnich kieleckich zwodach, memoriale Edwina Chlewickiego, nie startowała żadna kobieta, co nie znaczy, że kobiety downhillu nie uprawiają. Jest ich po prostu znacznie mniej, a ich czasy są nie porównywalne do czasów, jakie osiągają faceci. Zdarzało mi się oglądać relacje z MŚ, w których najlepsze kobiety uplasowałyby się pod sam koniec „męskiej” listy. I to też jest najbardziej normalną sprawą na świecie, bo jesteśmy inaczej zbudowane fizycznie i psychicznie. Idealnie do tych rozmyślań rzucił mi się w oczy dosłownie przed chwilą artykuł z Portalu Tatrzańskiego. Króciutko, na temat i powiedzmy, że w większości zgadzam się ze zdaniem autorki, więc nie będę parafrazować, a zachęcam do przeczytania oryginału http://portaltatrzanski.com/felietony/item/2487-po-co-w-gorach-kobiety.
Zawsze twierdziłam, iż mój instynkt samozachowawczy jest bardziej rozwinięty niż u mojego Męża. Ale skoro teraz ciągnie mnie do enduro i dowhillu, to  może mój instynkt też próbuje mnie przed czymś uchronić? Na przykład… przed śmiercią spowodowaną sportową stagnacją?:D




5/10/2015

Po bandzie!



Co tu dużo mówić? Jakoś trzeba zacząć! I choćby to miało być zjeżdżanie z krawężnika, albo jeżdżenie po linii prostej. Początki są nudne do bólu. Na szczęście, dziś nastąpił raczkowania ciąg dalszy, czyli nieco bardziej zaawansowane zabawy. Cel- oswajanie się z terenem! Wiadomo, że to już samo z siebie wróży lepszą zabawę- bo las, natura, górki, dołki i…prawdziwe trasy downhillowe!


W tym momencie, nie jestem w stanie napisać nic o technice, czy jakichś obiektywnych prawdach, oprócz tego, że:
a) bandy są super przyjemne i należy to tłumaczyć swojej psychice do skutku (prędkość, którą się tam osiąga w po pierwszym spotkaniu, jeszcze mnie blokuje)
b) korzenie są śliskie i potrafią zarzucić przednim jak i tylnym kołem; jeśli już trzeba na nie wjechać, to z pełną świadomością swoich czynów
c) czasem, ba, wręcz zaskakująco często bezpieczniej jest przejechać szybciej niż wolniej

Natomiast jeśli chodzi o sprawy subiektywne to:
a) przeżyłam cała i zdrowa
b) potrafię zachować spokój, nie wpadać w panikę i zaasekurować się w dobrym momencie
c) nawet czasem jeżdżę bez hamulca, co daje super frajdę!
d) czasem nie zdążę się zorientować, że powinnam przestraszyć się jakiegoś fragmentu
e) przeważnie zaczynam się go bać przy drugim czy trzecim przejeździe
f) WIĘCEJ!;]


Podsumowując: lekcję drugą, a pierwszą terenową (pierwsza ogólnie była tak podstawowa, z pełną premedytacją pozwolę sobie ją pominąć) mogę uznać za zaliczoną. Oczywiście, byłoby znacznie trudniej, gdyby Mąż krok po kroku nie poprowadził mnie po zawiłościach tras. I cóż… ciągle nie mam swojego roweru, więc jeżdżenie (na podkradanym) Wishu to jednak komfort…;)

5/08/2015

Twardziel 2015

Twardziel 2015


            Rower rowerem, ale etap, na którym JESZCZE jeździ się bardzo asekuracyjnie, a w dodatku na pożyczonym od Męża rowerze jest, co tu dużo mówić…nuuuuuuudny! A w życiu potrzeba wyzwań, emocji, celów, aktywności, działania, już teraz natychmiast! Tak więc rachu-ciachu, bojowe warkocze zaplecione i ruszamy na czerwony szlak Massalskiego, by zostać Twardzielem Świętokrzyskim.
No może aż spontanicznie to nie było ;). Zapisy w ściśle określonym czasie, jak szybko się zaczęły, tak jeszcze szybciej się skończyły. Trzeba było sprawnie dopełnić formalności jeszcze w lutym. Potem długie tygodnie oczekiwania, próby podratowania kondycji bieganiem, jazdą na rowerze, czy ćwiczeniami „domowymi” oraz rozmyślania „hm, a może jak powiem organizatorom, że nagle, zupełnie niespodziewanie się rozchorowałam, to może zwrócą mi wpisowe?”… Z treningu na trening byłam co raz bardziej przekonana, że jeszcze nigdy nie byłam tak słabo przygotowana do Twardziela. Nim zdążyłam stchórzyć, było już za późno. Nadszedł TEN dzień, w którym po spakowaniu się grzecznie stawiłam się w punkcie zbiórki, odebrałam swój nowy numerek i obserwowałam sobie ludzi którzy startują w tym roku. A trzeba przyznać, że biegaczy przybywa… Jest to grupa, którą staram się podziwiać, jednak nie do końca jestem w stanie, bo nie do końca potrafię uwierzyć, iż można przebiec 100km. Kiedyś z prawością sprawdzę ;).
Wyruszyliśmy o godzinie 20 z Gołoszyc. Kto nie słyszał o takim miejscu, śpieszę z wyjaśnieniem, że jest to wieś położona przy drodze nr 74, między Kielcami a Sandomierzem, bardzo blisko Opatowa. Drogę wyznacza przede wszystkim, wspomniany wcześniej, czerwony szlak im. Edmunda Massalskiego, który ma początek właśnie w Gołoszycach. Po starcie, z minuty na minutę, peleton piechuro-biegaczy rozciągał się co raz bardziej. Dzielnie udając, że fantastycznie znoszę narzucone tempo, nie chciałam zatrzymać się nawet na moment, by zawiązać buta, z obawy, że zgubię grupkę piechurów, do której akurat się przyłączyłam. Szybkość jaką narzucili wróżyła bardzo miły czas na półmetku, ale dla mnie ważniejsze było, by nie włóczyć się samotnie w ciemnościach ;). Ostatecznie, jeszcze wiele razy tej nocy zmieniałam towarzystwo, ale to jest właśnie ogromny plus tego, że wyruszyłam sama- mogłam iść z osobami, których tempo aktualnie mi pasowało, bądź akurat mobilizowało.


 

Pierwsze 12,5 kilometra: zasapałam się (w końcu jestem astmatykiem), ale było spoko. Na nocną zupkę, ok. 34. kilometra dotarłam jeszcze radosna i pełna siły. Łysica nad ranem? Miodzio! Jeden z moich ulubionych momentów…który niedługo potem zmienił się w bardzo niemiła niespodziankę. Oczywistym jest fakt, że kiedy wybieram się sama, to zdarza mi się przeanalizować w domu mapkę. Jednak tym razem nie pofatygowałam się, żeby z czeluści półki wyciągnąć mojego dokładnego laminiaka i całe swoje teoretyczne przygotowanie oparłam o pseudo-mapkę organizatorów. A ona nie ma poziomic (phi, zignorowałam)… Tak więc okazało się, że zupełnie z zaskoczenia musiałam pokonać jeszcze dwa wzniesienia po drodze Wymyśloną (absolutnie cudna nazwa<3) oraz Radostową.



Na 50. kilometr dotarłam sponiewierana do tego stopnia, że już tam myślałam o zakończeniu wycieczki. Do porządku przywołał mnie zegarek, który wskazał godzinę 6:06 już po całym rytuale związanym z jedzeniem, piciem, przepakiem itp, co było bardzo dobrym czasem. Pokrzepiona ruszyłam dalej z myślą, że mam bardzo dużo czasu i jeśli mam się poddać, to nie wcześniej niż na 75km.



 Tam sytuacja się powtórzyła: „Taki dobry czas? Przecież zdążyłabym się przeczołgać do mety!”. Oczywiście to zdanie okazało się absolutną przesadą, ale wystarczyło jako mobilizacja. No i cóż, jestem Twardzielem Świętokrzyskim :).




Oczywiście, że nie było ani miło ani przyjemnie. Miło najczęściej jest do 50 kilometra. Tym razem może nie do końca było, bo nie spodziewałam się dodatkowego wysiłku po Łysicy. Do 75. kilometra można iść bez stresu. Jeśli tam skończymy, najpewniej następnego dnia odnajdziemy ze dwa zabłąkane bąble na stopie i może jakiś jeden zakwas w mięśniu, o którego istnieniu nie pamięta się na co dzień. Jednak nie oszukujmy się, ostatnie 25 kilometrów (bądź 27, jak twierdzą niektórzy, doszukujący się teorii spiskowych) jest drogą bólu, zwątpienia na zmianę z mobilizacją, bólu, nadziei, bólu i hm, wspominałam już o bólu?
Na metę wbiegłam (tak, tak ostatnie 150m przebiegłam!) godzinę przed czasem, a to znaczy, że przebyłam 100km w 21 godzin. Nie jest to wynik wart zapisania gdziekolwiek, ale to nie ma znaczenia. Jeśli nie odstraszyło Was ostatnie zdanie przedostatniego akapitu to ruszajcie w przyszłym roku. Ruszajcie, a zobaczycie, co Twardziel zdziała w Waszej psychice. Zobaczycie, że zdziała.




 Ps. To absolutny skrót skrótu relacji z Twardziela. Wydaje mi się nawet, że jest o trochę obraza dla całego wydarzenia, jednak główny nacisk chciałam położyć na to, że DA SIĘ! Bez kondycji maratończyka, z astmą i krzywym kręgosłupem, bez umówionego towarzysza. Wszystko jest w głowie. I nie ufajcie obdartym i bolącym do granic wytrzymałości stopom- one mogą dużo więcej niż się wydaje!

Ps.2. Ta natrętna, podstępna i nie do końca legalna myśl… ile czasu zajęłoby pokonanie trasy Twardziela rowerem…?;)

Ps. 3. Tak, zdjęcia robione rzepem od rękawa...
Copyright © 2016 Projekt Ewa , Blogger