12/26/2015

Czego oczy nie widzą... w końcu i tak wyjdzie

Czego oczy nie widzą... w końcu i tak wyjdzie


Zakres skrętu zmniejszał się stopniowo. I tylko w jedną stronę. Akurat był to czas, kiedy rowerem jeździłam jedynie po mieście, więc nie wzbudziło to we mnie większego niepokoju. Tym bardziej, że rura sterowa jest wyprofilowana dosyć „dziwnie” i to i owo wymagało dokładniejszego dokręcenia co jakiś czas.

Jednak zupełnie niespodziewanie pojawiła się blokada. Całkowita. Ops... To już mogło być coś więcej niż jakaś błahostka. 

Na ostrym dyżurze wyszła na jaw pewna straszliwa tajemnica moich sterów...




Wygryziona bieżnia, a zwłoki łożyska trudno nawet rozpoznać na zdjęciach. Blokada skrętu to akurat najprzyjemniejsza z rzeczy, które mogły mnie spotkać...
Jednak wymiana sterów nie okazała się typową, ani szybką. Wspomniana wcześniej „dziwnie” profilowana rura wymogła na Serwisantach ręcznego dopasowania średnicy bieżni.



Cała historia wydarzyła się w listopadzie, a mój rower trafił do serwisu w stanie wołającym o pomstę do nieba. Erneście, Kamilu, dziękuję za zmianę sterów i doprowadzenie mojego roweru do stanu używalności. Dodatkowo, po solidnej reprymendzie już regularnie czyszczę rower i oliwię napęd. Spisaliście się więc doskonale :)
Rowerzyści, dbajcie o swoje stery, bo widok takiego truchła wyjętego z własnej maszyny, na zawsze pozostaje w pamięci.
Amen.


12/05/2015

GRUBY test

GRUBY test


Z jesiennej stagnacji, która w moim przypadku pojawiła się zupełnie niespodziewanie i objawiła się tym, że z przyjemnością zamieniłam rower na klasykę literatury angielskiej (z kocykiem i kotami w komplecie), wyrwał mnie telefon od Wsół Sport „Mamy FATBIKE’a. Jeśli chcesz, możesz na nim pośmigać, kiedy będzie ci pasowało...”.


Słucham? Czy chcę? CZY JA CHCĘ?! Już zaraz będzie mi pasowało :D!


Od pół roku ta dosyć surrealistyczna z wyglądu maszyna nie daje mi spokoju. Co prawda dopadłam jeden model na Bike Expo, ale jazda po hali, co tu dużo mówić, nie dała mi żadnego poglądu na możliwości tego roweru. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam na zdjęciu fatbike’a pomyślałam, że to jakaś samoróbka, żart, albo czyjaś zachciewajka. Oczywiście, im więcej dowiadywałam się o tym koncepcie, tym sensowniejszy mi się on wydawał. Jednak wciąż pozostawało wrażenie, że ten rower musi ważyć tonę... 



Oczywiście, to tylko wrażenie


Trek Farley 9, którego miałam okazję poznać jest lżejszy od mojej obecnej maszyny o ok. 2,5kg, co daje miłe 14 kg roweru. Dla mnie to odczuwalna różnica!



Wcześniej nie miałam do czynienia z osprzętem z wyższej półki, więc praca przerzutki SRAM X1 (typu2) zrobiła na mnie wrażenie. Po pierwsze, ze względu na anatomiczną i intuicyjną zmianę biegów (no wiecie o co chodzi, czy wyższy czy niższy bieg, to wrzucamy go kciukiem), a po drugie, zaletą tego mechanizmu jest to, że więcej niż jednej bieg może zostać zmieniony przy jednym ruchu palca. Ruchem to nawet zbyt wiele powiedziane, bo właściwie wystarczy musnąć manetkę... Fajna sprawa, że zastosowana kaseta, mimo jedenastu biegów, jest wyjątkowo lekka (widać na pierwszy rzut oka ;)). 


 Zaś wisienką na torcie może stać się prowadnica dla ostatniego odcinka linki przerzutki (u mnie ten fragment linki wyjątkowo nie miło odstaje).




No ok, zabrałam Farleya w teren i co?

 

Jako, że wyprawę rozpoczęliśmy u podnóża Telegrafu, to pierwszym etapem był wjazd na górę. Nie wyciągiem, a rowerem właśnie. 

Nie jestem obecnie w życiowej formie, więc wybrałam najmniej stromą ścieżkę, uczęszczaną przez XC riderów i piechurów. I co się okazuje, fatbike to idealna maszyna do podjazdów. Przyznaję, bywam leniwa i wjeżdżanie rowerem tam gdzie nie jest to zbyt atrakcyjne, przez całe wakacje zamieniałam na wprowadzanie go. Podjeżdżając na Farley’u zrozumiałam wreszcie, dlaczego ludzie podjeżdżają... Skoro zrozumiałam to kolejnymi krokami, były oczywiście próby na co raz bardziej stromych odcinakach. 

Zachwycająca łatwość! Niestety, jedyną zawodną częścią w tej zabawie, były moje mięśnie. Jednak fajnie było odkryć, że sprzęt może znacznie poprawić komfort podjeżdżania.
 

A jak już wjechałam...

 
Farley pomknął w dół jak dziki! Wiele momentów musiałam przecisnąć na hamulcu, zwłaszcza, że na pierwszą przejażdżkę tego dnia nie wzięłam kasku (miałam sobie tylko chwilę pobrykać na dole:P). 

 

 Pięknie kleił się w bandach (oczywiście na tyle, na ile ja umiem go docisnąć! pamiętamy, pierwszy zjazd zaliczyłam jakieś pól roku temu ;)) i wyrywał na korzeniach. 

 

Chyba każdy, kto kiedykolwiek jeździł na fatbike’u potwierdzi, że ma się wrażenie „wchłaniania” przez te wielkie opony drobniejszych nierówności terenu. 

 

Bez problemu kontrolowałam uślizgi na liściach. Niestety, odrobinę śniegu zastaliśmy jedynie na stoku, więc na trasach nie udało nam się przetestować fata w zimowych warunkach. 

 

Mimo że opony w tym konkretnym modelu to dosyć skromne 3,8cala, myślę że dałby radę coś podziałać i na śniegu.

 
 "Co? Ja tędy nie podjadę?"




Fatbike zaciekawił mnie swoim wyglądem i dlatego marzyłam o tym, by sprawdzić jak pracuje. Od kiedy na nim pojeździłam wiem, że chciałabym go mieć na własność. Jednak jako drugi rower. Jest lekki, doskonale nadaje się na podjazdy, a na mniej wymagających zjazdach można się doskonale bawić dzięki jego niesamowitej przyczepności. Ot, taki rowerek na każdy teren i pogodę. Oczywiście, odpada konkretniejsze hopanie. Co prawda, Szymonowi udało się go wzbić, ale to tylko tak, dla zasady ;). 


 Producent daje pewne pole manewru dla własnych modyfikacji, bo przykładowo są pozostawione otwory do wewnętrznego prowadzenia przewodów oraz mocowanie dla przedniej przerzutki. Jednak odblaski akurat nie koniecznie dobrze się komponują ;).



Dzięki Wsół Sport za możliwość wypróbowania tego cudeńka!

Ale żeby nie było- ten konkretny Trek Farley to rower testowy, więc KAŻDY może na nim borykać. O szczegóły pytajcie we Wsół Sport w Galerii Echo (Kielce) na poziomie -1 (klik) :).


PS. Jeśli chcecie wypożyczyć Farleya, a jeździcie w espedach, to koniecznie zabierzcie je ze sobą! Ja jeżdżę na platformówkach, ale przysięgam, te przypadkowe pedały są ledwo używalne :P.



PS.2 Kiedy już byliśmy na miejscu, okazało się, że sztyca jest za długa. Nawet po schowaniu jej do końca, siodełko wciąż było zbyt wysoko, by komfortowo zjeżdżać. Ale chyba nie aż taka fatalna ze mnie baletnica skoro postanowiłam zignorować tę niedogodność ;)


Copyright © 2016 Projekt Ewa , Blogger