4/30/2016

Rajd Bike Orient 2016 (wpis oraz relacja fimowa:))- bez spiny

Rajd Bike Orient 2016 (wpis oraz relacja fimowa:))- bez spiny

Na zadane z zaskoczenia pytanie, czy wybierzemy się „gdzieś” na rower, spontanicznie odpowiadam „TAK!”. Tym sposobem, zanim sprawę przemyślałam, znalazłam się na liście startowej Bike Orient. A nim przeczytałam dokładnie o co w tym wszystkim chodzi, wylądowałam na stracie ^^.








BikeOrient, czyli rajd polegający na możliwie najszybszym odnalezieniu punktów kontrolnych. Są dwie wersje: Trasa Giga i 20 punktów lub Mega i do odnalezienia 10 miejscówek. Wersje są tak przemyślane, by pierwsza z trasa wynosiła ok. 100km, natomiast druga 50km. Z założenia, każdy zawodnik sam wybrał sobie kolejność oraz punkty, które zdobywa.


Szybko świtnęło nam, że dla naszej trójki to nie kondycja będzie problemem w tym starciu...


Po przybyciu do Strawczynka, który obcy mi nie jest, jako że znajduje się tam też meta Twardziela Świętokrzyskiego, grzecznie zarejestrowaliśmy się i poczekaliśmy na mapy. Mapy wszyscy uczestnicy odsłaniają w tym samym momencie, co jest całkiem ciekawą sceną: pi razy oko dwieście osób, stłoczonych ramię w ramie, a przed nimi białe płachty. Wokół fotografowie i kamerzyści. Na znak, chwytają kartki i zaczynają myśleć oraz dyskutować we własnych drużynach, jak dotrzeć do poszczególnych punktów. I tak przez 5 minut.


Bazując na naszym bogatym doświadczeniu w startach w rajdach na orientację, wynoszącym dokładnie zero na głowę, wspólnie uznaliśmy, że PUNKT 10- BRZEG ROZLEWISKA będzie doskonały na rozgrzewkę. Po umieszczeniu map w naszych niezwykle profesjonalnych i podręcznych mapnikach (tylnia kieszeń spodni) ruszyliśmy raźnie w drogę. Jak samo dotarcie w okolice punktu szczególnie skomplikowane nie było, tak odnalezienie drzewa, na którym umieszczony był lampion i dziurkacz (odnalezienie punktu kontrolnego oznacza się na karcie dziurkaczem właśnie), już okazało się pewną zagwostką.







Dalej ruszyliśmy w stronę PUNKTU 12- SKRAJ LASU. Znowu szukanie, szukanie i szukanie. Na szczęście efektywne :). Niestety PUNKT 16- PRZY PRZECINCE nie był już tak łaskawy. Wynik starcia: przedzieranie się przez krzaki jeżyn po pas, mnóstwo czasu stracone, kolana podrapane do niemożliwości i punkt nieodnaleziony. Cóż, rozsądniej było ruszyć dalej do PUNKTU 13- KONIEC DROGI. Zaskoczenia nie było- pojawił się koniec dogi, więc i punkt też tam był.


Następnie na celownik wzięliśmy PUNKT 17- PODSTAWA SKAŁY Po przyjechaniu w okolice, przetarabaniliśmy się po zaroślach, tym razem wyższych od nas, i temu także nie odpuściliśmy.







Nie było możliwości, żeby nie odnaleźć PUNKT 1- BUFET, bo jedzenie to jedzenie i kropka. Swoją drogą, dobrze, że nasza drużyna wyznaje podobne poglądy: jest mnóstwo rodzajów przepysznego domowego ciasta, to trzeba spróbować. Każdego.


Grubi i szczęśliwi, potoczyliśmy się w kierunku PUNKT 15- WSCHODNI BRZEG RZEKI. Tu też poszło w sumie sprawnie. Dla nas, bo przyszło nam oglądać sceny szalonej desperacji- przenoszenie roweru przez rzekę, wylewania wody z butów. Uf, jednak dobrze, że postawiliśmy na inny dojazd. Już bez spiny, bo szukanie poprzednich miejsc zajęło nam tyle czasu, ile zajęło, pojechaliśmy do PUNKT 4- SĘDZIWY DĄB. A teraz pytanie roku, jak znaleźć to jedno jedyne drzewo, kiedy w okolicy miejsca wskazanego przez mapę jest całe mnóóóóśtwo dębów? Jeszcze nie wiemy. Punkt znaleźliśmy na farcie.



Czasu co raz mniej, ale spokojnie wystarczyłoby na odnalezienie jednego, a może nawet i dwóch miejsc. Jednak po dotarciu w okolice, gdzie powinien znajdować się PUNKT 3- SKRZYŻOWANIE DRÓG, nie byliśmy w stanie go odnaleźć. A może punktu nie było? Tym razem wyjątkowo skrupulatnie przeszukaliśmy miejsce, dlatego morale nieco opadły, kiedy okazało się, że musieliśmy ruszać w stronę mety. Tam czekała na nas ciepła strawa i zacny napitek.






Ostatecznie trzeba przyznać, że impreza zorganizowana wysokim poziomie. My zdecydowanie mniej zorganizowani. Wcześniejsze zapoznani się z jakąkolwiek mapą okolicy i najprostsze mapniki na kierownicę usprawniłyby jazdę nieporównywalnie ;).








Jeżyny po pas, podrapane kolana, drogi polne leśne i szutrowe, skrzywione koło, kłęby kurzu, stado owiec, pyszne ciasto po drodze, cały dzień włóczenia się z daleka od domu i w doskonałym towarzystwie. Po powrocie jedyne na co masz ochotę to kąpiel i spanie. Dzień idealny :)

4/19/2016

Film z zawodów.

Film z zawodów.

W weekend była przede wszystkim jazda. Nagrywanie przy okazji i tylko tam gdzie się dało. Na szczęście rodzina podrzuciła trochę materiału do wypełnienia luk. I mamy filmidło pamiątkowe. Kiedyś fajnie będzie powspominać :)

4/19/2016

TELEGRAF – MEMORIAŁ EDWINA CHLEWICKIEGO

TELEGRAF – MEMORIAŁ EDWINA CHLEWICKIEGO

Kto mnie widział w sobotę na treningach ten wiedział... I pewnie nie spodziewał się mnie zobaczyć w niedzielę. Też się siebie nie spodziewałam...





fot. by Anna Kotańska



II Memoriał Edwina Chlewickiego, organizowany przez Stok Narciarski Telegraf, MOSIR Kielce oraz MTB Kielce (mam też niejasne przeczucie, że i Presto Sport miał swój niemały udział w ogarnianiu tego wszystkiego). Jako zawodniczka, pozwolę sobie na krótką subiektywną relację wraz z jeszcze bardziej subiektywnym podsumowaniem.

Niedziela, czyli oficjalny dzień zawodów. Formuła przyjazna, bo dwa przejazdy i liczył się czas z lepszego z nich. W tym roku zawody dorosły, widać, do kategorii Kobiety, bo to nowość w porównaniu z rokiem poprzednim (nie spodziewałam się podkategorii Kobiety HT, bo chyba nigdzie takiej nie wydzielają :P). Memoriał z kameralnego pomysłu rozrósł się już do nieco większej imprezki. Ale nie oszukujmy się, po poprzednim roku takie były właśnie oczekiwania. (Państwo Organizatorzy, przyznajcie się, ile pytań dostawaliście w tej sprawie, hm;)?)






Zawody były rozgrywane na trasie, która nie powstała w tym celu. Została dopracowana niedawno, dodano też dolny odcinek, jednak chyba nasza kielecka ziemia nie okazała się dostatecznie przygotowana na takie szorowanie gumą. Już w trakcie serii treningów niektóre jej fragmenty zaczęły ewoluować.... I choć przetrwała do końca przejazdu ostatniego zawodnika, to już nie jest to ta sama trasa...





fot. by Anna Kotańska


Zaczyna się krótkim odcinkiem na stoku, następnie wskakujemy w las, do najbardziej technicznej (i niestety, rozsypującej się) części, która poprzez korzenie, podstępne bandy i ostre schodki dociera aż do doskonale wyprofilowanego drewnianego dropika (Panowie Budowniczowie, wybitnie udana część!). Następnie długi fragment przez stok, który choć na pierwszy rzut oka zupełnie nieszkodliwy, potrafi czasem uśpić czujność. Później hopa-banda-i hopaaa-aaalbo jednak nie. Objazd z lewej strony, to rozwiązanie bardziej na moje siły. No i nieszczęsne muldy, z którymi bez skoczonej wspomnianej przed chwilą hopy, niezbyt wiele da się zrobić. Na koniec stolik reprezentacyjny, aby by pokazać mogli się ci, którzy mają co pokazać (przeważnie ignoruję, gdyż do reprezentatywnych nie należę).





fot. by Anna Kotańska


No i przez taką traskę dotoczyłam się na czwarte miejsce. Z tego wszystkiego najważniejsze jest to, że się dotoczyłam, bo czwarte miejsce na cztery startujące kobiety, to nie szczególnie wartościowy wyczyn. Bez gleby (bo i jak przy takiej prędkości?), bez podpórek, z opanowanymi uślizgami. Cała trzęsłam się przed startem, w trakcie jazdy mój HT wierzgał się i podzwaniał, jak to sztywniak, a po zejściu długo jeszcze nie mogłam opanować drżących kolan. Ani ja, a ni mój rower nie jesteśmy przyzwyczajeni do takich stresów. Zwłaszcza, kiedy startuje się wśród zawodniczek notowanych wysoko w polskich zawodach, które miały lepsze czasy od pewnej części męskiego grona. Maja Bielecka, Kasia Darska i Natalia Budner, gratulacje Dziewczyny!



fot. by SZYMON331


I po co to wszystko? Z każdym wyjściem na rower podciągam mniej lub bardziej swoje umiejętności. Stopniowo (nie mówię, że nastąpi to za chwilę :P) będę jeździć coraz lepiej. Jednak to w żaden sposób nie przygotuje mnie to walki z takim paraliżującym stresem, jaki pojawia się przed startem w zawodach. Stając twarzą w twarz z TAKĄ presją, miałam ochotę odwrócić się i wyjść. Albo walnąć się na plecy i przeturlać się w krzaki. W czasie pierwszego zjazdu nie odzyskałam w magiczny sposób władzy nad ciałem. Byłam spęta aż do bólu barków (wiecie, jak nieprzyjemnie jest nadwyrężyć taki napięty mięsień :P?). Chciałam na tym zakończyć swój udział w imprezie. Znalazłoby się jakieś bolące coś, co można by podciągnąć pod kontuzję i po cichu oddalić się... gdzieś. No ale ok, stanęłam po raz drugi na podeście. Stopień zdenerwowania niewiele, ale jednak mniejszy. I co? W drugim przejeździe ugryzłam 6 sekund! Na własnej skórze przekonałam się, że jedyną słuszną metodą na radzenie sobie w takiej sytuacjach jest po prostu wystawianie się na ich działanie.

Panie i Panowie, główny cel, który założyłam sobie zapatrzona w pierwszy Memoriał Edwina Chlewickiego, niemal dokładnie rok temu, został zrealizowany! Nie do końca wierzyłam, że to zrobię. Po pierwsze, nie wsiadłam na rower dokładnie rok temu, lecz znacznie później. Po drugie, niestety nieco przekimałam zimę... Ale ok, jest odhaczone!



Teraz mogę już jeździć w spokoju...


fot. by Anna Kotańska



Hm... jeździć w spokoju?!




PS. Wieczorem jeszcze króciutka filmowa relacja, dla tych, co nie lubią dużo czytać ;)

4/13/2016

Zapisać, albo nie zapisać- oto jest pytanie...

Zapisać, albo nie zapisać- oto jest pytanie...

Ostatnio prawie zamieszkałam na Telegrafie. Mąż pokusił się o przeprowadzenie skomplikowanych obliczeń, z których wynika, że na 13 dni kwietnia, na rowerze byłam 8 razy. Sama nie wiem, jak to się udało. Wiem tylko, że wpadałam do pracy wprost z roweru. Albo zakładałam ochraniacze już kilka minut po końcu zmiany. Kosmiczna precyzja w organizacji czasu w sumie mogła nie być obojętna.



Nigdy nie byłam sportowcem, dlatego zaskakuje mnie, że mięśnie dają radę. Mięśnie i stawy. Jak szalona pilnuję się, aby w czasie poza rowerowym nie nadwyrężać swojego ciała w sposób niezgodny z BHP. Nawet zaczęłam czytać jak zadbać o mięśnie dietą, choć do tej pory miałam na to zdrowo wywalone (bo przecież i tak zdrowo się odżywiam ;]).





I po co ta mobilizacja? Ano, zawody, Mości Panie...

Dlaczego mimo wszystko lama taka jak ja powinna stanąć na starcie?
1.        Bez celu nie miałabym takiej motywacji do ćwiczeń.
2.        Bez takiej ilości ćwiczeń nie zwiększyłaby się moja pewność siebie na zjeździe.
3.        Moja kondycja nie poprawiłaby się tak szybko.
4.        Myślenie o wyjściu poza strefę komfortu, w której żyłam do tej pory, stresuje do granic możliwości, ale musi dać mega satysfakcję. Ból potrwa chwilę, satysfakcja cały rok.
5.        Profesjonalny pomiar czasu. Wow, wow, wypas!
6.        Dla przetestowania samej siebie. Osobiście jeszcze nigdy nie miałam okazji sprawdzić się w takich warunkach. NIGDY.
7.        Eh... No i najważniejsze. Myśleć o zjazdach zaczęłam około rok temu. Upłynęło kilka miesięcy od tamtego momentu zanim w końcu zaczęłam jeździć (bo trzeba było złożyć rower, zdać egzaminy w sesji, uporządkować inne sprawy itp.). Te zawody miały stać się sprawdzianem...

A-a-ale... Lamy są płochliwe i krępują się jeździć przed publiką. Tak się krępują, że czasem aż się zatrzymują, jak kogoś spotykają. Poza tym, niby coś tam jeżdżą, ale to wciąż poziom lamy. A chciałoby się zaprezentować coś więcej niż po prostu zaliczony zjazd. I choć rok temu założenie było takie, żeby po prostu przejechać (bo to miało już być „coś”), teraz wymagania wzrosły.  Znalazłoby się jeszcze 10 razy tyle powodów na tak i nie... 

Jak żyć...? Wstydu oszczędzić, czy dumę w kieszeni upchnąć?

Na szczęście zostało jeszcze trochę czasu przetrawienie tematu.





Foto z mrocznego niedzielnego rowerowania (na którym zaliczyłam największego dziobaka ever :P) by Anna Kotańska

Copyright © 2016 Projekt Ewa , Blogger