4/19/2016

TELEGRAF – MEMORIAŁ EDWINA CHLEWICKIEGO


Kto mnie widział w sobotę na treningach ten wiedział... I pewnie nie spodziewał się mnie zobaczyć w niedzielę. Też się siebie nie spodziewałam...





fot. by Anna Kotańska



II Memoriał Edwina Chlewickiego, organizowany przez Stok Narciarski Telegraf, MOSIR Kielce oraz MTB Kielce (mam też niejasne przeczucie, że i Presto Sport miał swój niemały udział w ogarnianiu tego wszystkiego). Jako zawodniczka, pozwolę sobie na krótką subiektywną relację wraz z jeszcze bardziej subiektywnym podsumowaniem.

Niedziela, czyli oficjalny dzień zawodów. Formuła przyjazna, bo dwa przejazdy i liczył się czas z lepszego z nich. W tym roku zawody dorosły, widać, do kategorii Kobiety, bo to nowość w porównaniu z rokiem poprzednim (nie spodziewałam się podkategorii Kobiety HT, bo chyba nigdzie takiej nie wydzielają :P). Memoriał z kameralnego pomysłu rozrósł się już do nieco większej imprezki. Ale nie oszukujmy się, po poprzednim roku takie były właśnie oczekiwania. (Państwo Organizatorzy, przyznajcie się, ile pytań dostawaliście w tej sprawie, hm;)?)






Zawody były rozgrywane na trasie, która nie powstała w tym celu. Została dopracowana niedawno, dodano też dolny odcinek, jednak chyba nasza kielecka ziemia nie okazała się dostatecznie przygotowana na takie szorowanie gumą. Już w trakcie serii treningów niektóre jej fragmenty zaczęły ewoluować.... I choć przetrwała do końca przejazdu ostatniego zawodnika, to już nie jest to ta sama trasa...





fot. by Anna Kotańska


Zaczyna się krótkim odcinkiem na stoku, następnie wskakujemy w las, do najbardziej technicznej (i niestety, rozsypującej się) części, która poprzez korzenie, podstępne bandy i ostre schodki dociera aż do doskonale wyprofilowanego drewnianego dropika (Panowie Budowniczowie, wybitnie udana część!). Następnie długi fragment przez stok, który choć na pierwszy rzut oka zupełnie nieszkodliwy, potrafi czasem uśpić czujność. Później hopa-banda-i hopaaa-aaalbo jednak nie. Objazd z lewej strony, to rozwiązanie bardziej na moje siły. No i nieszczęsne muldy, z którymi bez skoczonej wspomnianej przed chwilą hopy, niezbyt wiele da się zrobić. Na koniec stolik reprezentacyjny, aby by pokazać mogli się ci, którzy mają co pokazać (przeważnie ignoruję, gdyż do reprezentatywnych nie należę).





fot. by Anna Kotańska


No i przez taką traskę dotoczyłam się na czwarte miejsce. Z tego wszystkiego najważniejsze jest to, że się dotoczyłam, bo czwarte miejsce na cztery startujące kobiety, to nie szczególnie wartościowy wyczyn. Bez gleby (bo i jak przy takiej prędkości?), bez podpórek, z opanowanymi uślizgami. Cała trzęsłam się przed startem, w trakcie jazdy mój HT wierzgał się i podzwaniał, jak to sztywniak, a po zejściu długo jeszcze nie mogłam opanować drżących kolan. Ani ja, a ni mój rower nie jesteśmy przyzwyczajeni do takich stresów. Zwłaszcza, kiedy startuje się wśród zawodniczek notowanych wysoko w polskich zawodach, które miały lepsze czasy od pewnej części męskiego grona. Maja Bielecka, Kasia Darska i Natalia Budner, gratulacje Dziewczyny!



fot. by SZYMON331


I po co to wszystko? Z każdym wyjściem na rower podciągam mniej lub bardziej swoje umiejętności. Stopniowo (nie mówię, że nastąpi to za chwilę :P) będę jeździć coraz lepiej. Jednak to w żaden sposób nie przygotuje mnie to walki z takim paraliżującym stresem, jaki pojawia się przed startem w zawodach. Stając twarzą w twarz z TAKĄ presją, miałam ochotę odwrócić się i wyjść. Albo walnąć się na plecy i przeturlać się w krzaki. W czasie pierwszego zjazdu nie odzyskałam w magiczny sposób władzy nad ciałem. Byłam spęta aż do bólu barków (wiecie, jak nieprzyjemnie jest nadwyrężyć taki napięty mięsień :P?). Chciałam na tym zakończyć swój udział w imprezie. Znalazłoby się jakieś bolące coś, co można by podciągnąć pod kontuzję i po cichu oddalić się... gdzieś. No ale ok, stanęłam po raz drugi na podeście. Stopień zdenerwowania niewiele, ale jednak mniejszy. I co? W drugim przejeździe ugryzłam 6 sekund! Na własnej skórze przekonałam się, że jedyną słuszną metodą na radzenie sobie w takiej sytuacjach jest po prostu wystawianie się na ich działanie.

Panie i Panowie, główny cel, który założyłam sobie zapatrzona w pierwszy Memoriał Edwina Chlewickiego, niemal dokładnie rok temu, został zrealizowany! Nie do końca wierzyłam, że to zrobię. Po pierwsze, nie wsiadłam na rower dokładnie rok temu, lecz znacznie później. Po drugie, niestety nieco przekimałam zimę... Ale ok, jest odhaczone!



Teraz mogę już jeździć w spokoju...


fot. by Anna Kotańska



Hm... jeździć w spokoju?!




PS. Wieczorem jeszcze króciutka filmowa relacja, dla tych, co nie lubią dużo czytać ;)

2 komentarze:

  1. To teraz celem na przyszły rok powinien być nie tylko start, ale jeszcze podium :D jak szaleć to szaleć :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj nie kuś, nie kuś, bo wyzwania strasznie mnie nakręcają... ;]

      Usuń

Copyright © 2016 Projekt Ewa , Blogger