5/18/2016

Kluszkowce- trochę odpłynęliśmy- JoyRide 2016 cz.II

Kluszkowce- trochę odpłynęliśmy- JoyRide 2016 cz.II


Po dniu pierwszym (relacja->klik), nadal było mokro, błotniście, brudno i zimno. Czegokolwiek by się nie założyło- przemokło. I choć nawet lama wie, że rowerów myjką ciśnieniową myć nie należy- wszyscy to robili. Bo wymówek nie było!








Suszenie po pierwszym dniu okazało się zupełnie zbędne. W sobotę rano deszcz padał doskonale równomiernie. Aż musieliśmy przeprowadzić kilka narad wojennych, aby przekonać się, czy na pewno chcemy wyjść. Och, pewnie, że chcieliśmy!









Zawsze najtrudniej wystawić czubek palca za próg. Później, kiedy byliśmy przemoczeni od stóp do głów, to już wszystko-jedno. Ostatecznym wyznacznikiem ilości zjazdów okazał się jedynie narastający chłód. W kontrze do niego stanęły tony endorfin, czysta (?!?!?!) radość ze zjazdów i fantastyczna atmosfera imprezy.







Z soboty każde z nas ma w pamięci błotno-szczęśliwo-zimno-wesoły zlepek. Tak brudni i tak zadowoleni byliśmy chyba jeszcze nigdy. Wygodnicki instynkt współczesnego człowieka został potraktowany błotnym sierpowym, a potem wkopany pod łóżko. O nowych wyczynach i dokonaniach niestety nie mogę napisać zbyt wiele. Może poza tym, że nasz debiut w grawitacyjnym kolarstwie WODNYM w sumie można zaliczyć do udanych.










Licząc na to, że meteo nie kłamie w kwestii niedzielnej pogody, po powrocie pojęliśmy jeszcze jedną dramatyczną próbę czyszczenia i suszenia...









Ostatni dzień imprezy, choć pełen kałuż, pozwolił nam znacznie bardziej docenić walory tras w Kluszkowcach. No i na przykład poznać trasę DH, która wcześniej bardziej nadawała się do spływu niż zjazdu.







W trakcie JoyRide’a odbywały się też targi rowerowe. Na początku nie mieliśmy na tyle czelności, by brudnymi łapskami bezcześcić wystawione tam ciuchy, kosmetyki rowerowe, czy osprzęt. Z pewnej odległości przyjrzeliśmy się więc wystawcom i eksponowanym produktom i dopiero w niedzielę zmacaliśmy wszystko, co zwróciło naszą uwagę. A było co oglądać! Kolorowy Rocday, czy Fox ze swoją świetną damską koszulką miami green (niech się nazywa jak chce, byleby NIE była różowa :P), albo wyjątkowo ciekawe modele jerseyów Local Outerwear, czy zachwycające czapki Melo Me i Slope’a. Litości natomiast nie pozostało dla rowerów, bo kiedy masz przed sobą Authory, Cannondale, Kellysy, Krossy, NSy, Romety, Specializedy i mnóóóóstwo innych, które możesz przetestować, to nie ma przeproś- zabierasz na trasę, nawet w to niemiłosierne błocko. Świetna sprawa, że rowery rezerwowało się przez internet kilka dni wcześniej. Choć wymagało to pewnego pośpiechu (niektóre modele cieszyły się wyjątkowym zainteresowaniem), to jednak później znacznie pomogło zorganizować czas na festiwalu.











Whip Contest, enduro, dual slalom, maraton Cyklokarpaty, Kids Race, a na deser oczywiście DH i wykręcanie czasów na pump tracku- fantastycznie było obserwować tyle różnych dyscyplin kolarskich i taki przekrój wiekowy zawodników startujących w nich. Można było trochę pojeździć, a w międzyczasie pooglądać i pokibicować. Bo w Kluszkowcach cale rowerowe życie toczyło się obok siebie! Jadąc wyciągiem na górę, miało się doskonały widok na zawody DH, a zjeżdżając A-linem można było akurat obserwować dzieciaki, albo maratończyków. Totalna integracja! Co chwilę spotykało się znajome twarze. Trochę szkoda, że przez pogodę odwołano fly baga, ale ktokolwiek doświadczył warunków panujących wtedy w Kluszkowcach, zrozumie dlaczego.
























Hm... Nie, nic Wam nie umknęło. Nie startowaliśmy w żadnej konkurencji. Były plany takie czy inne, ale ostatecznie cała nasza trójka zdecydowała się wpisać na listę „...jeżdżę i chilluję”. I to był doskonale spędzony czas. Aktywny wypoczynek wśród setek roześmianych rowerzystów, na imprezie z absolutnie genialną atmosferą w pięknych i klimatycznych Kluszkowcach.






5/13/2016

Kluszkowce-Deszczowce -Joyride 2016 cz.I

Kluszkowce-Deszczowce -Joyride 2016 cz.I

Prognozy były jednoznaczne. Cud nie nastąpił. Kiedy jednak wyczekujesz na urlop tak długo, to będziesz jeździć, mimo wszystko. Mimo chmur, mimo mżawki i później ulewy. I kilogramów błota wszędzie.





fot. by Diana Szwagrzyk


Pierwszy dzień Joyride i moja pierwsza wizyta w Kluszkowcach. Zebraliśmy się z samego rana i po odebraniu pakietów startowych, pierwszą turą wyciągu zabraliśmy się na górę. Jazda była sprawa i bardzo przyjemna.






Zaczęliśmy objazdem świeżutkiego Green Line’a. Trasa rekomendowana jako dobre miejsce dla początkujących i tu nie mogę się sprzeczać. Żadnych technicznych utrudnień, a prędkość będzie zależała tylko od naszej fantazji. Da się popędzić i mieć przy tym sporo radości. Ale...nie koniecznie na HT. Trasa jest jednak dosyć wyboista i na sztywniaku bardzo mocno wytrzepie. W ramach testów przejechałam ją też na kilku fullach i zdecydowanie poczułam różnicę. Jeśli więc ledwie zaczęliśmy jeździć a posiadamy już zawieszony rower, to Green Line będzie doskonałym wyborem.


Na kolejny rzut poszła A-line’a. Trasa idealna do zabawy, także na HT. Gładkie bandy, łatwe do kontrolowania stoliki i plus dla początkujących w postaci objazdów wszystkich trudniejszych elementów. Nic tylko jeździć i szlifować umiejętności.


Chyba, że akurat zacznie padać deszcz, który przerodzi się w totalną ulewę. Trasy będą robić się co raz bardziej śliskie, a potężną część budulca trasy zabierzemy ze sobą... Błoto będzie wszędzie... Jeśli tak, jak my, nie odpuścicie, to po kilku zjazdach, to właściwie nie będzie miejsca na Waszym ciele i rowerze, gdzie błoto się nie pojawi. Gdy natomiast nie odpuścicie nawet po pięciu czy sześciu zjazdach, to błoto będzie Wam zupełnie obojętne.




fot. by Diana Szwagrzyk



Nawet w deszczu i bagnie można sobie przyzwoicie pojeździć. To chyba jakieś pierwotne instynkty sprawiają, że taplanie się w błocku na rowerze jest w jakimś sensie świetną zabawą. I wcale nie bezcelową, bo radzenie sobie w mokrych warunkach da nam kilka punktów do techniki.


















Ale żeby nie było tak przyjemnie, to pozostawiam Waszej wyobraźni obraz jaki malował się po powrocie. O ilości pracy i czasu jaki potrzebny jest na ogarnięcie się, też nie będę wspominać. Dobrze, że tu, gdzie mieszkamy, zakwaterowanych jest też wielu innych rowerzystów, więc tony mokrych ciuchów przekonały Panią Właścicielkę do włączenia ogrzewania... Nie ma innej opcji, jutro wracamy na trasy!

5/01/2016

Pump it up!

Pump it up!

Jak połączyć przyjemne z przyjemnym? Podskoczyć na pumptrack w drodze na obiad do Mamy!


Moje pierwsze świadome pompowanie. Za cel wybraliśmy Wąchock, bo znajduje się przy szlaku naszej niedzielnej migracji.












Początek nie wyglądał zbyt spektakularnie. Muszę jednak przyznać, że szybko zaczęłam nabierać wprawy, a frajda rosła wprost proporcjonalnie do rozwijanej prędkości.








Korzystanie z pumptracka to jednak niesamowicie praktyczna dobra zabawa, bo:


1. Uczy balansowania ciałem- pedałowanie na takim torze nie dodaje prędkości tak dobrze jak pompowanie, więc automatycznie zaczynamy dążyć do uzyskania możliwie największej prędkości bez dokręcania.


2. Pomaga panować nad rowerem, kontrolować tor, utrzymywać równowagę. W cieplarnianych warunkach można trenować wchodzenie i składanie się w fajnie wyprofilowanych bandach.


3. To trening wszystkich mięśni. Jakkolwiek niewinnie by nie wyglądał taki tor, balansowanie całym ciałem wyciągnie z nas siłę szybciej, niż może się wydawać :P.



















Pumptrack jest dobry na wszystko. Zapomniałam o zdartym boku i kilku nadwyrężonych mięśniach. To także porządna ilość spalonych kalorii, więc przy obiedzie nie kręciliśmy nosem, że za duże porcje ;].






To był dobry dzień :)
Copyright © 2016 Projekt Ewa , Blogger