7/09/2016

Ladies in Blue

Razem, czy jednak osobno?
Śmiganie po lesie ma wiele twarzy. Jedną z nich jest przemierzanie leśnych ścieżek w skupieniu i samotności. Skoro znam miejscówkę (jakżeby inaczej, skoro to jedna z niewielu w Kielcach?), swoje możliwości (tych przeważnie nie doceniam), pogoda jest w porządku (a wręcz i-d-e-a-l-n-a), to dlaczego nie?






Pewnie, że wolałabym pojeździć z moją rowerową kompanią, ale grafiki nam się nie zgrały. Każdy ma swoją (przynajmniej jedną) pracę, więc momenty, kiedy możemy wyjść razem na rower, należą do rzadkości.



Za samotną piątkową jazdą przemówił jeszcze jeden argument: czwartkowy, zupełnie spontaniczny zakup nieziemsko dopracowanej Meridy- dla przyjaciół Mary Blue. W sam raz dla takiego melancholijnego introwertyka, jak ja :). W końcu niebieski to szczególnie romantyczno marzycielski kolor, czyż nie?



Jedyny HT w rodzinie?


Jeszcze trzy dni temu żyłam w przekonaniu, że jako jedyna z naszej grupy, będę przez cały ten sezon dosiadała HT. I od kiedy na Joyride doświadczyłam, jak płynnie jeździ się na fullu, to może trochę mnie ten fakt uwierał. Jednak skoro Scott działa sobie całkiem nieźle i bezawaryjnie, to nie zamierzałam za wszelką cenę (z naciskiem na cenę:P) szukać nowej maszyny. I wtedy, zupełnie niespodziewanie na mojej drodze pojawiła się Mary. Od przeczytania ogłoszenia do zakupu minęło jakieś 12 godzin i to głównie dlatego, że trafiłam na nie wieczorem. Poprzedni właściciel nie dobierał części (i kolorów!!!) przypadkowo, a w dodatku okazało się, że to właśnie mój rozmiar, więc decyzja została podjęta błyskawicznie.


Natura, rower i ja...


Tak więc wczoraj wybrałam się z Mary na pierwszą przejażdżkę. Choć trudno w to uwierzyć, na Telegrafie byłam jedynym rowerzystą. Nikt ani nic nie zakłócało śpiewu ptaków i szumu drzew.








Włócząc się, udało mi się lekko zbłądzić i trafiłam na słoneczną polanę pachnącą poziomkami- nie sądziłam, że coś takiego jest w ogóle możliwe! Zjadłam też trochę jagód, wierząc, że tak jak za dawnych lat, nie będzie to groziło chorobą wściekłych zajęcy, czy inną bomblowicą...









Tak mi się miło zjeżdżało, że nawet nie zauważyłam jak się zużyłam... Po powrocie do domu jedyne o czym myślałam to: jeść, pić i spać. Dobrze, że są wakacje, a koty nie wymagają szczególnie troskliwej i nieustającej opieki ;).


Więcej o Blue Mary napiszę wkrótce, gdy poznamy się nieco lepiej.







Ps. Hej, świetna ławka!!!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Projekt Ewa , Blogger