8/07/2015

Wyjazd na Patrol

Doigrałam się...

Zaczęłam męczyć Męża, byśmy wybrali się w jakieś nowe miejsce. Ostatniej niedzieli postanowił nie mieć litości...


 Jedziemy... na Patrol.

Podczas studiowania mapy wpadł na doskonały pomysł zabrania mnie na górę Patrol. W poprzednim poście chyba zdarzyło mi się wspomnieć, co cały czas stanowi dla mnie blokadę, którą pokonuję bardzo powoli? Stromizna i prędkość...



Wysokie drzewa, strome zjazdy, klimat na 5+.

Góra Patrol to kwintesencja tych dwóch rzeczy. 

To właściwie wyłącznie dosyć krótkie, super strome zjazdy, najczęściej zakończone... równie stromym wjazdem. Cała zabawa polega na tym, by przejechać się taką rynną bez pedałowania, a co za tym idzie- i bez hamulców. Oczywiście, co niektórzy wykonują piękniuchne wybicia z podjazdów, by malowniczo wylądować w kolejnym zjeździe(np 1:24). Niestety, mojego skill’a, po dłuższej chwili zwątpienia, wystarczyło na kilka zjazdów najprostszą z możliwych dróg. 


Wytarmoszona poczułam się już podczas podprowadzania roweru.

Na Patrolu trzeba najpierw wtarabanić się na górę i dopiero tam znajdują się owe „trasy” zjazdowe i zjazdowo-wjazdowe. Miałam wrażenie, że to taki mini park- tutaj rynna z korzeniami, a na tej tylko trochę suchych liści. Wiecie, różne stopnie trudności i w ogóle... Dosyć szybko okazało się, że moja domniemana kondycja jest jednak urojona (chyba czas pożegnać się z radosnymi paniami od fitnesów, z którymi spędzałam wolne wieczorne chwile, na rzecz jakich bardziej rozsądnych ćwiczeń), a do tego przyszły nerwy. Dłuższą chwilę musiałam przekonywać sama siebie co do bezpieczeństwa tych zjazdów. A z pewnością nie są one niczym bardziej ekstremalnym, niż to czym już jeżdżę. Taka tam, próba siły i nerwów, której ani nie wygrałam ani nie przegrałam... Mój Mąż za to, bawił się tam doskonale ;).


 Niewiele powstało fotek, ale zawsze coś.

Kiedy dotarliśmy do samochodu, okazało się, że w sumie ta „wycieczka” dała nam popalić. Po szybkim obiedzie na deser miał być jeszcze Telegraf. A z planów w wolne niedziele nie rezygnujemy tak łatwo... Czułam się zmęczona, więc uznałam, że najrozsądniej będzie pobiegać trochę za Szymonem z aparatem, bo przeważnie nie ma na to czasu. Nie zdjęłam jednak ochraniaczy- taki znak: jeszcze dziś pojeżdżę... Pojeżdżę, albo, e... przejadę się... Ostatecznie, kiedy na karcie SD znalazło się to, co znaleźć się miało, wtoczyłam się z rowerem na górę. Spory, ale dosyć jednostajny wysiłek. Spoko. Podczas zjazdu szybko okazało się, że ciało już nie to... Chyba nawet rower bardzo już nie chciał, bo zrobił mi takiego oto psikusa:


 Łańcuch miał własne plany na ten dzień.


Jakie prawo fizyki było przyczyną takiego stanu, nie wiemy (może zemsta za brak napinacza?). Przy naprawianiu jednak, zadziałało wyłącznie prawo imbusa (z postanowieniem kupienia spinki do łańcucha w niedalekiej przyszłości). Po intensywnych kilku godzinach, niby potężnie zmęczona, pozostałam jednak z dużym niedosytem.

A może właśnie ze wzmożonym apetytem, na lepszą kondycję, technikę i kolejną wycieczkę na Patrol...

2 komentarze:

  1. Ciekawy las, bardzo jasny , a i górka niczego sobie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, ten las jest wyjątkowy! Drzewa bardzo wysokie, niewiele średniej roślinności, więc ma się wrażenie, że jest mnóstwo przestrzeni...

      Usuń

Copyright © 2016 Projekt Ewa , Blogger