9/23/2015

Wisła Stożek, czyli moje pierwsze rowerowe wakacje



Jak połączyć przyjemne z przyjemnym?

Przyjechać pokibicować zawodnikom na Diverse Downhill Contest a potem zostać na miejscu i samemu pomęczyć trasę! Wisłę wybraliśmy wyłącznie ze względu na zawody. Po prostu postanowiliśmy tam zostać po ich obejrzeniu. Nie sprawdzaliśmy, co to za trasa, nie czytaliśmy żadnych porównań, żaden z naszych bliskich znajomych akurat tam nie był. Skoro odbywają się tam Mistrzostwa Europy, to trasa musi być zacna. I na pewno będzie wyciąg. Dla pewności, że trasa istnieje obejrzeliśmy ze dwa helmetcamy. Postanowione -kropka.
I tym razem spontan okazał się trafiony w... 9,9;). 

 Szymon approves.


Od początku.

Pierwszą rzeczą jaką warto wykonać wybierając się na Stożek, to telefon do obsługi wyciągu. Dlaczego jest to istotne-o tym za chwilkę. Autem możemy podjechać pod sam wyciąg. Na drodze do Ośrodka Narciarskiego Stożek będą się pojawiały mniejsze i większe parkingi i...należy je wszystkie zignorować. Nie ma sensu zostawiać samochodu dwa kilometry, czy jeszcze dalej od Stożka, skoro możemy zawieźć swoje cztery litery i cały kram TUŻ POD SAMIUSIEŃKI WYCIĄG. 

W pewnym momencie na naszej drodze pojawi się bramka, a po prawej stronie budka. I to jest właśnie miejsce, gdzie po uiszczeniu opłaty w wysokości 6zł za cały dzień postoju samochodu pod Stożkiem (w tym sezonie przynajmniej obowiązywała taka stawka), przemiły Pan Parkingowy omówi kto przyjechał dziś, kto był wczoraj, wskaże dalszą drogę i życzy miłego dnia. Po minięciu bramki mamy jeszcze chwilkę jazdy wąziutką drogą między wzniesieniami i bang bang, jesteśmy na miejscu. Jeżeli po dotarciu okaże się, że ten konkretnego dnia AKURAT wyciąg nie działa (nam się to nie zdarzyło przez trzy dni), to owe sześć złotych przepadło :P. No i dlatego warto zadzwonić ;).



Często byłam straszona, że jak-to-w-tych-polskich-górach-to-się-nie-traktuje-rowerzystów, więc od razu włączyłam stan czujności i nieufności. Tak bardzo niesłusznie! Nie wiem, czy coś się zmieniło ostatnio, czy Wisła jest świecącym na jasnozielono punktem mapy miejscówek DH, ale obsługa była SUPER MIŁA, albo przynajmniej na poziomie. Pierwszego dnia tekst Pani z kasy „Ale uważajcie na siebie, bo trasa jest bardzo trudna” <3 rozwiał wszelkie moje wątpliwości. I nawet kiedy będąc ubłoconą do granic przyzwoitości szłam na wyciąg z rowerem (wcale nie w lepszym stanie), nikt nie spojrzał na mnie krzywo. Może wpływ na to miały specjalne maty rozłożone na co drugim krzesełku wyciągu, a jeżeli tak, to naprawdę niewiele trzeba, by pomiędzy rowerzystami a obsługą wyciągów panowała zgoda i pokój. 

 Delikatny chrzest bojowy błockiem. A tego dnia miałam jeszcze w ogóle nie jeździć, bo za wcześnie po chorobie...:P

Wish wyglądał...

...tak jak powinien wyglądać rower do jazdy w terenie ;).



Wyciąg... Przyznaję. To był mój pierwszy raz z rowerem na wyciągu. Wcześniej zapierałam się rękami i nogami, a że Telegraf nie jest wysoki, to bez problemu się to udawało z niego NIE korzystać. A tu nie dość, że pierwszy raz, to jeszcze żadnych pomocy do zaczepienia roweru. Po prostu łap, odwracamy rower, i siadamy na wyciągu stawiając odwrócony rower na siodełku i kierownicy, tylnim kołem ustawiając na barierce i gdzieś tam w wolnej przestrzeni próbujemy czuć się komfortowo. Ale luzik, nauczyłam się bardzo szybko, więc każdy to ogarnie :P. Niektórzy zaczepiali rowery na siedzeniu wyciągu o pedał albo o siodełko, ale to jeszcze nie mój stopień wtajemniczenia.


 Z wyciągiem polubiłam się bardzo szybko :D.

 

 

Według legendy z 2010 mieliśmy do wyboru 4 trasy.

 
 
(Źródło )Dokładnie takim rysunkiem tras można posiłkować się na miejscu



 Od razu zaznaczam, że Enduro to zupełne nieporozumienie- długi i szeroki trakt samochodowy. Niby coś tam stromy, ale generalnie z ęduro ma wspólnego tyle, co ścieżka rowerowa. Co prawda użyłam jej, ale głównie dlatego, że...

...pierwszego dnia, po deszczu, trasy były ledwo przejezdne.

Z cudem graniczyło podejście najbardziej stromymi kawałkami, więc jak tu myśleć o zjazdach? Hm, no jak się ma rower, to raczej o niczym innym się nie myśli ^^. Trasy A-line oraz B-line, niezaznaczone na mapce (A ma swój początek niedaleko schroniska, natomiast tzw. B zaczyna się jak linia czerwonej downhillówki), w górnej części dawały mnóstwo frajdy, nawet w błocku. Bawiłabym się jeszcze lepiej, gdybym miała gogle. Wiem, wiem, to podstawa wyposażenia, ale dopiero tutaj po raz pierwszy poważnie odczułam ich brak. 

Średnio strome trasy, z wybiciami, które można skoczyć, a na początku przejechać, to coś co na moim etapie nauki daje po prostu przyjemność. Przy tej ślizgawicy zdarzało mi się nie zmieścić w niektóre bandy A-line'a, ale generalnie górną część opanowałam dosyć szybko (poza jednym fragmentem na A, którego na szczęście nie musiałam miętosić na siłę, można było go ominąć). Kiedy ostatniego dnia trasy były podsuszone, to już w ogóle cud, miód i orzeszki ;).

 Miłe bandy.


 Fajne zjazdy, których stromizny oczywiście nie idzie uchwycić ;).

Tu się wyskoczy...


...a tam się samo wybije :P.

Dalej, trawers stokiem- taki standard na którym w końcu musiałam zaliczyć glebę. Jednak tylko jedną przez cały wyjazd, więc chyba ćwiczenia z Telegrafu nie poszły na marne. 

 Miejsce ma klimat, nie ma co.

Następnie pojawiało kilka elementów, które zdecydowanie oddzielały lamy od nieco bardziej zaawansowanych, a ja w żadnym wypadku nie śmiałam sprzeczać się z tym, że należę do tej pierwszej grupy^^. 

 Hopa dużych możliwości...

...jeśli ktoś ogarnia ;).

 Jeden z ulubionych fragmentów Szymona. Nie, nie był płaski... ;)

Jednak jak przystało na lamę z ambicjami, nie odpuściłam sobie, póki nie przetoczyłam się następnym w kolejności wysoce technicznym fragmentem, który był także elementem trasy mistrzostw. Ba, ostatni raz poszło mi już nawet bardzo sprawnie. Świadków na to nie mam, ale za to podbudowane ego pozostało :). Choć przyznaję, wtedy trasy były już nieco osuszone.


Trasą mistrzostw nie przejechałam. Pomijając fakt, że jestem na to za cienka, to owa trasa została po prostu zamknięta. Na samym jej początku leżało świeżo ścięte drzewo, co wzbudziło w nas spore rozgoryczenie już na dzień dobry. Koniec natomiast odgrodzono siatką. Już szykowały się w mojej głowie miliony oszczerstw, którymi opiszę tę sytuację, ale nic z tego. Raz, że uległam całej tak bardzo pro-dh atmosferze Stożka, a dwa...że i tak bym tamtędy nie przejechała ^^. O i tak.

 Cóż, taki znak na początku trasy łatwo odczytać... :(

Przez cały wyjazd downhillowców można było policzyć na palcach. Takie sytuacje dają mi komfort jazdy (bo nie czuję na sobie mniej lub bardziej wyimaginowanych spojrzeń pełnych pogardy lub litości), jednak wiem, że nie służą rozwojowi infrastruktury dla tego sportu. Strasznie nam się spodobało, że mimo to wyciąg jeszcze we wrześniu był czynny cały tydzień.

Podsumowanie jest chyba oczywiste... Miejscówka szalenie przypadła mi do gustu! Zwłaszcza, że jeszcze tyle do przejeżdżenia przede mną. Nie, nie nadaje się do jazdy po deszczu, stąd urwałam 0,1pkt na początku. Jednak z dnia na dzień, trasy przesychały (akurat z pogodą nam się poszczęściło) i udawało mi się coraz płynniej rozprawiać się z niektórymi fragmentami. Gdybyśmy pobyli tam dłużej przy ładnej pogodzie, to kto wie, ile bym opanowała. Mój Mąż twierdzi to samo, tylko w kontekście kilku poziomów zaawansowania wyżej ;).

 Ciekawa...

...zróżnicowana sceneria.




Pssyt, dziewczyny jeżdżą wyciągiem cały dzień za 35zł:D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Projekt Ewa , Blogger