9/25/2015

Telegraf powakacyjny



Wakacje w Wiśle tylko zaostrzyły mój apetyt na rower. Analizując grafik swój i Szymona okazało się, że raczej wiele już razem nie pojeździmy w tym sezonie. Dodając do tego grafik Diany, sobota tuż po powrocie z wakacji okazała się właściwie jedynym dostępnym dla wszystkich dniem we wrześniu.


W domu zameldowaliśmy się w piątek około godziny 22, głodni, zmęczeni, z samochodem pełnym wszystkiego i ubłoceni prawie po zęby (bo pół dnia śmigaliśmy jeszcze w Wiśle). Dom zarósł kurzem, koty futrem, czajnik kamieniem. Każdy dorosły człowiek zjadłby kolację, wygłaskał futrzaki i poszedł spać, aby wraz z nowym dniem rozpakować się, posprzątać, przewietrzyć i po prostu uporządkować nieco życie przed powrotem do pracy. Problem, albo brak problemu polega na tym, że my jeszcze nie dojrzeliśmy do tego stanu. Po wypełnieniu trzech pierwszych punktów, Szymon naoliwił łańcuchy w rowerach i wrzucił je z powrotem do samochodu... I tak w sobotę o godzinie 11, całą trójką byliśmy już na Telegrafie.


Liczyłam się z tym, że mogę nie być w szczytowej formie. Po pierwsze, jeszcze tydzień wcześniej leżałam z szaloną (jak na moje możliwości) gorączką spowodowaną infekcją wirusową (ale ćsiiii, na wakacje i tak pojechaliśmy), a po drugie, w Wiśle też się nie oszczędzałam. A że była to sobota, chcieliśmy zjeżdżać a nie styrać się na śmierć, więc wreszcie nadszedł czas, aby... wykorzystać wyciąg!


Fajna oszczędność energii, ale czasu już niekoniecznie. Wjazd wyciągiem zajmuje mniej więcej tyle, co sprawne podejście. Różnica jest taka, że na górze masz ochotę od razu ruszać na trasę, a nie na moment umrzeć i dopiero po chwili zebrać się na zjazd. A kanapy wyciągu są pieruńsko wygodne i czasem można odpocząć...aż za bardzo :P. W porównaniu z Wisłą obsługa wypada także w porządku. Oczywiście uparłam się, że będę sama zawieszać i zdejmować rower, a Panowie nie widzieli problemu, żeby na moment przyhamować wyciąg. Po kilku razach nie miałam już żadnych problemów, ale wiadomo, jakoś się trzeba było nauczyć (a przede wszystkim odważyć, czyż nie, Diano?;)).

Telegraf oswojony ;)


Po tych cudownych wakacjach jeździło mi się... raczej średnio. Chyba najzwyczajniej w świecie byłam zmęczona. Co prawda przypadkiem zaliczyłam największą w moim życiu hopę no i zmacałam WRESZCIE A1, najbardziej stromą i trasę na Telegrafie, ale wiedziałam, że nie wiele mi brakuje, by po prostu paść na twarz ;).


Dianeczka na swoim ns'ie

 Gazociąg idzie całkiem nieźle.

 Najmroczniejszy nindża...


Dlaczego tylko zmacałam A1? Chciałam podjąć walkę z tą trasą. Czułam w nogach, że mam coraz więcej władzy nad rowerem. Przyzwyczaiłam się do pewnego stopnia stromości. Jednak łańcuch okazje się być żywiołem, który ujarzmić może jedynie napinacz, a tegoż jeszcze wtedy nie miałam... Kilka zatrzymań, wyłącznie z powodu łańcucha spowodowało, że odpuściłam sobie po dwóch próbach.


Używany napinacz już mam. W odruchu dobrego serca podarował mi go kolega Szymona, za co bardzo dziękuję. Teraz tylko założyć i koniec! Spadający łańcuch przestanie być wytłumaczeniem wszystkich błędów i wymówką dla niedociągnięć i zatrzymań :P. 


No i jeszcze jedna kwestia nie daje mi spać... Czy  była to wyjątkowa sytuacja, czy Telegraf jest oblegany, ale właśnie w soboty? Przeważnie bywamy w niedziele lub rano na tygodniu. I przeważnie mamy wtedy kameralne albo bardzo kameralne warunki. A tu nagle tyyyyyle ludzi. No przyznam, że te „tłumy” i zróżnicowanie stopnia zaawansowania w zjazdach (od zupełnie początkujących aż po wymiataczy) było takim szokiem, że mając gdzieś swój poziom lamy, zaczęłam po prostu jeździć(i nie przejmować się, że ktoś się patrzy)...
No, odpuściłam sobie jedynie trenowanie doubli na końcu trasy, bo tam akurat był dzień whipów nad stolikiem, więc głupio było pokazywać w tak zacnym gronie, jak bardzo nie dolatuję do lądowania ;).

2 komentarze:

  1. fajnie sie Ciebie czyta :) gratuluje odwagi...a w imieniu Rumoona - ma nadzieje ze napinacz sie sprawuje :) pozdrowienia spod telegrafu

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Projekt Ewa , Blogger