Wakacje w Wiśle tylko zaostrzyły mój apetyt na rower.
Analizując grafik swój i Szymona okazało się, że raczej wiele już razem nie
pojeździmy w tym sezonie. Dodając do tego grafik Diany, sobota tuż po powrocie
z wakacji okazała się właściwie jedynym dostępnym dla wszystkich dniem we
wrześniu.
W domu zameldowaliśmy się w piątek około godziny 22, głodni,
zmęczeni, z samochodem pełnym wszystkiego i ubłoceni prawie po zęby (bo pół
dnia śmigaliśmy jeszcze w Wiśle). Dom zarósł kurzem, koty futrem, czajnik kamieniem.
Każdy dorosły człowiek zjadłby kolację, wygłaskał futrzaki i poszedł spać, aby
wraz z nowym dniem rozpakować się, posprzątać, przewietrzyć i po prostu
uporządkować nieco życie przed powrotem do pracy. Problem, albo brak problemu
polega na tym, że my jeszcze nie dojrzeliśmy do tego stanu. Po wypełnieniu
trzech pierwszych punktów, Szymon naoliwił łańcuchy w rowerach i wrzucił je z
powrotem do samochodu... I tak w sobotę o godzinie 11, całą trójką byliśmy już
na Telegrafie.
Liczyłam się z tym, że mogę nie być w szczytowej formie. Po
pierwsze, jeszcze tydzień wcześniej leżałam z szaloną (jak na moje możliwości)
gorączką spowodowaną infekcją wirusową (ale ćsiiii, na wakacje i tak
pojechaliśmy), a po drugie, w Wiśle też się nie oszczędzałam. A że była to
sobota, chcieliśmy zjeżdżać a nie styrać się na śmierć, więc wreszcie nadszedł
czas, aby... wykorzystać wyciąg!
Fajna oszczędność energii, ale czasu już niekoniecznie.
Wjazd wyciągiem zajmuje mniej więcej tyle, co sprawne podejście. Różnica jest
taka, że na górze masz ochotę od razu ruszać na trasę, a nie na moment umrzeć i
dopiero po chwili zebrać się na zjazd. A kanapy wyciągu są pieruńsko
wygodne i czasem można odpocząć...aż za bardzo :P. W porównaniu z Wisłą obsługa
wypada także w porządku. Oczywiście uparłam się, że będę sama zawieszać i
zdejmować rower, a Panowie nie widzieli problemu, żeby na moment przyhamować
wyciąg. Po kilku razach nie miałam już żadnych problemów, ale wiadomo, jakoś się
trzeba było nauczyć (a przede wszystkim odważyć, czyż nie, Diano?;)).
Telegraf oswojony ;)
Po tych cudownych wakacjach jeździło mi się... raczej średnio.
Chyba najzwyczajniej w świecie byłam zmęczona. Co prawda przypadkiem zaliczyłam
największą w moim życiu hopę no i zmacałam WRESZCIE A1, najbardziej stromą i
trasę na Telegrafie, ale wiedziałam, że nie wiele mi brakuje, by po prostu paść
na twarz ;).
Dianeczka na swoim ns'ie
Gazociąg idzie całkiem nieźle.
Najmroczniejszy nindża...
Dlaczego tylko zmacałam A1? Chciałam podjąć walkę z tą
trasą. Czułam w nogach, że mam coraz więcej władzy nad rowerem. Przyzwyczaiłam
się do pewnego stopnia stromości. Jednak łańcuch okazje się być żywiołem, który
ujarzmić może jedynie napinacz, a tegoż jeszcze wtedy nie miałam... Kilka
zatrzymań, wyłącznie z powodu łańcucha spowodowało, że odpuściłam sobie po
dwóch próbach.
Używany napinacz już mam. W odruchu dobrego serca podarował
mi go kolega Szymona, za co bardzo dziękuję. Teraz tylko założyć i koniec! Spadający
łańcuch przestanie być wytłumaczeniem wszystkich błędów i wymówką dla
niedociągnięć i zatrzymań :P.
No, odpuściłam sobie jedynie trenowanie doubli na końcu trasy, bo tam akurat był dzień whipów nad stolikiem, więc głupio było pokazywać w tak zacnym gronie, jak bardzo nie dolatuję do lądowania ;).



fajnie sie Ciebie czyta :) gratuluje odwagi...a w imieniu Rumoona - ma nadzieje ze napinacz sie sprawuje :) pozdrowienia spod telegrafu
OdpowiedzUsuńDzięki , dzięki, dzięki :):):)
Usuń