Z jesiennej stagnacji, która w moim przypadku pojawiła się
zupełnie niespodziewanie i objawiła się tym, że z przyjemnością zamieniłam
rower na klasykę literatury angielskiej (z kocykiem i kotami w komplecie), wyrwał mnie telefon od Wsół Sport
„Mamy FATBIKE’a. Jeśli chcesz, możesz na nim pośmigać, kiedy będzie ci pasowało...”.
Słucham? Czy chcę? CZY JA CHCĘ?! Już zaraz będzie mi pasowało :D!
Od pół roku ta dosyć
surrealistyczna z wyglądu maszyna nie daje mi spokoju. Co prawda dopadłam jeden
model na Bike Expo, ale jazda po hali, co tu dużo mówić, nie dała mi żadnego
poglądu na możliwości tego roweru. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam na zdjęciu fatbike’a
pomyślałam, że to jakaś samoróbka, żart, albo czyjaś zachciewajka. Oczywiście,
im więcej dowiadywałam się o tym koncepcie, tym sensowniejszy mi się on
wydawał. Jednak wciąż pozostawało wrażenie, że ten rower musi ważyć tonę...
Oczywiście, to tylko wrażenie
Trek Farley 9, którego miałam
okazję poznać jest lżejszy od mojej obecnej maszyny o ok. 2,5kg, co daje miłe
14 kg roweru. Dla mnie to odczuwalna różnica!
Wcześniej nie miałam do czynienia z osprzętem z wyższej
półki, więc praca przerzutki SRAM X1 (typu2) zrobiła na mnie wrażenie. Po
pierwsze, ze względu na anatomiczną i intuicyjną zmianę biegów (no wiecie o co
chodzi, czy wyższy czy niższy bieg, to wrzucamy go kciukiem), a po drugie,
zaletą tego mechanizmu jest to, że więcej niż jednej bieg może zostać zmieniony
przy jednym ruchu palca. Ruchem to nawet zbyt wiele powiedziane, bo właściwie
wystarczy musnąć manetkę... Fajna sprawa, że zastosowana kaseta, mimo jedenastu
biegów, jest wyjątkowo lekka (widać na pierwszy rzut oka ;)).
Zaś wisienką na
torcie może stać się prowadnica dla ostatniego odcinka linki przerzutki (u mnie
ten fragment linki wyjątkowo nie miło odstaje).
No ok, zabrałam Farleya w teren i co?
Jako, że wyprawę rozpoczęliśmy u podnóża Telegrafu, to
pierwszym etapem był wjazd na górę. Nie wyciągiem, a rowerem właśnie.
Nie jestem
obecnie w życiowej formie, więc wybrałam najmniej stromą ścieżkę, uczęszczaną
przez XC riderów i piechurów. I co się okazuje, fatbike to idealna maszyna do
podjazdów. Przyznaję, bywam leniwa i wjeżdżanie rowerem tam gdzie nie jest to
zbyt atrakcyjne, przez całe wakacje zamieniałam na wprowadzanie go.
Podjeżdżając na Farley’u zrozumiałam wreszcie, dlaczego ludzie podjeżdżają...
Skoro zrozumiałam to kolejnymi krokami, były oczywiście próby na co raz
bardziej stromych odcinakach.
Zachwycająca łatwość! Niestety, jedyną zawodną
częścią w tej zabawie, były moje mięśnie. Jednak fajnie było odkryć, że sprzęt
może znacznie poprawić komfort podjeżdżania.
A jak już wjechałam...
Farley pomknął w dół jak dziki! Wiele momentów musiałam
przecisnąć na hamulcu, zwłaszcza, że na pierwszą przejażdżkę tego dnia nie
wzięłam kasku (miałam sobie tylko chwilę pobrykać na dole:P).
Pięknie kleił się
w bandach (oczywiście na tyle, na ile ja umiem go docisnąć! pamiętamy, pierwszy zjazd zaliczyłam jakieś pól roku temu ;)) i wyrywał na korzeniach.
Chyba każdy, kto kiedykolwiek jeździł na
fatbike’u potwierdzi, że ma się wrażenie „wchłaniania” przez te wielkie opony
drobniejszych nierówności terenu.
Bez problemu kontrolowałam uślizgi na
liściach. Niestety, odrobinę śniegu zastaliśmy jedynie na stoku, więc na
trasach nie udało nam się przetestować fata w zimowych warunkach.
Mimo że opony
w tym konkretnym modelu to dosyć skromne 3,8cala, myślę że dałby radę coś
podziałać i na śniegu.
"Co? Ja tędy nie podjadę?"
Fatbike zaciekawił mnie swoim wyglądem i dlatego marzyłam o
tym, by sprawdzić jak pracuje. Od kiedy na nim pojeździłam wiem, że chciałabym
go mieć na własność. Jednak jako drugi rower. Jest lekki, doskonale nadaje się
na podjazdy, a na mniej wymagających zjazdach można się doskonale bawić dzięki
jego niesamowitej przyczepności. Ot, taki rowerek na każdy teren i pogodę. Oczywiście,
odpada konkretniejsze hopanie. Co prawda, Szymonowi udało się go wzbić, ale to tylko tak, dla
zasady ;).
Producent daje pewne pole manewru dla własnych modyfikacji, bo
przykładowo są pozostawione otwory do wewnętrznego prowadzenia przewodów oraz
mocowanie dla przedniej przerzutki. Jednak odblaski akurat
nie koniecznie dobrze się komponują ;).
Dzięki Wsół Sport za możliwość wypróbowania tego cudeńka!
Ale żeby nie było- ten konkretny Trek Farley to rower testowy, więc KAŻDY może na nim borykać. O szczegóły pytajcie we Wsół Sport w Galerii Echo (Kielce) na poziomie -1 (klik) :).
PS. Jeśli chcecie wypożyczyć Farleya, a jeździcie w espedach, to koniecznie zabierzcie je ze sobą! Ja jeżdżę na platformówkach, ale przysięgam, te przypadkowe pedały są ledwo używalne :P.
PS.2 Kiedy już byliśmy na miejscu, okazało się, że sztyca jest za długa. Nawet po schowaniu jej do końca, siodełko wciąż było zbyt wysoko, by komfortowo zjeżdżać. Ale chyba nie aż taka fatalna ze mnie baletnica skoro postanowiłam zignorować tę niedogodność ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz