4/13/2016

Zapisać, albo nie zapisać- oto jest pytanie...


Ostatnio prawie zamieszkałam na Telegrafie. Mąż pokusił się o przeprowadzenie skomplikowanych obliczeń, z których wynika, że na 13 dni kwietnia, na rowerze byłam 8 razy. Sama nie wiem, jak to się udało. Wiem tylko, że wpadałam do pracy wprost z roweru. Albo zakładałam ochraniacze już kilka minut po końcu zmiany. Kosmiczna precyzja w organizacji czasu w sumie mogła nie być obojętna.



Nigdy nie byłam sportowcem, dlatego zaskakuje mnie, że mięśnie dają radę. Mięśnie i stawy. Jak szalona pilnuję się, aby w czasie poza rowerowym nie nadwyrężać swojego ciała w sposób niezgodny z BHP. Nawet zaczęłam czytać jak zadbać o mięśnie dietą, choć do tej pory miałam na to zdrowo wywalone (bo przecież i tak zdrowo się odżywiam ;]).





I po co ta mobilizacja? Ano, zawody, Mości Panie...

Dlaczego mimo wszystko lama taka jak ja powinna stanąć na starcie?
1.        Bez celu nie miałabym takiej motywacji do ćwiczeń.
2.        Bez takiej ilości ćwiczeń nie zwiększyłaby się moja pewność siebie na zjeździe.
3.        Moja kondycja nie poprawiłaby się tak szybko.
4.        Myślenie o wyjściu poza strefę komfortu, w której żyłam do tej pory, stresuje do granic możliwości, ale musi dać mega satysfakcję. Ból potrwa chwilę, satysfakcja cały rok.
5.        Profesjonalny pomiar czasu. Wow, wow, wypas!
6.        Dla przetestowania samej siebie. Osobiście jeszcze nigdy nie miałam okazji sprawdzić się w takich warunkach. NIGDY.
7.        Eh... No i najważniejsze. Myśleć o zjazdach zaczęłam około rok temu. Upłynęło kilka miesięcy od tamtego momentu zanim w końcu zaczęłam jeździć (bo trzeba było złożyć rower, zdać egzaminy w sesji, uporządkować inne sprawy itp.). Te zawody miały stać się sprawdzianem...

A-a-ale... Lamy są płochliwe i krępują się jeździć przed publiką. Tak się krępują, że czasem aż się zatrzymują, jak kogoś spotykają. Poza tym, niby coś tam jeżdżą, ale to wciąż poziom lamy. A chciałoby się zaprezentować coś więcej niż po prostu zaliczony zjazd. I choć rok temu założenie było takie, żeby po prostu przejechać (bo to miało już być „coś”), teraz wymagania wzrosły.  Znalazłoby się jeszcze 10 razy tyle powodów na tak i nie... 

Jak żyć...? Wstydu oszczędzić, czy dumę w kieszeni upchnąć?

Na szczęście zostało jeszcze trochę czasu przetrawienie tematu.





Foto z mrocznego niedzielnego rowerowania (na którym zaliczyłam największego dziobaka ever :P) by Anna Kotańska

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Projekt Ewa , Blogger