5/13/2016

Kluszkowce-Deszczowce -Joyride 2016 cz.I


Prognozy były jednoznaczne. Cud nie nastąpił. Kiedy jednak wyczekujesz na urlop tak długo, to będziesz jeździć, mimo wszystko. Mimo chmur, mimo mżawki i później ulewy. I kilogramów błota wszędzie.





fot. by Diana Szwagrzyk


Pierwszy dzień Joyride i moja pierwsza wizyta w Kluszkowcach. Zebraliśmy się z samego rana i po odebraniu pakietów startowych, pierwszą turą wyciągu zabraliśmy się na górę. Jazda była sprawa i bardzo przyjemna.






Zaczęliśmy objazdem świeżutkiego Green Line’a. Trasa rekomendowana jako dobre miejsce dla początkujących i tu nie mogę się sprzeczać. Żadnych technicznych utrudnień, a prędkość będzie zależała tylko od naszej fantazji. Da się popędzić i mieć przy tym sporo radości. Ale...nie koniecznie na HT. Trasa jest jednak dosyć wyboista i na sztywniaku bardzo mocno wytrzepie. W ramach testów przejechałam ją też na kilku fullach i zdecydowanie poczułam różnicę. Jeśli więc ledwie zaczęliśmy jeździć a posiadamy już zawieszony rower, to Green Line będzie doskonałym wyborem.


Na kolejny rzut poszła A-line’a. Trasa idealna do zabawy, także na HT. Gładkie bandy, łatwe do kontrolowania stoliki i plus dla początkujących w postaci objazdów wszystkich trudniejszych elementów. Nic tylko jeździć i szlifować umiejętności.


Chyba, że akurat zacznie padać deszcz, który przerodzi się w totalną ulewę. Trasy będą robić się co raz bardziej śliskie, a potężną część budulca trasy zabierzemy ze sobą... Błoto będzie wszędzie... Jeśli tak, jak my, nie odpuścicie, to po kilku zjazdach, to właściwie nie będzie miejsca na Waszym ciele i rowerze, gdzie błoto się nie pojawi. Gdy natomiast nie odpuścicie nawet po pięciu czy sześciu zjazdach, to błoto będzie Wam zupełnie obojętne.




fot. by Diana Szwagrzyk



Nawet w deszczu i bagnie można sobie przyzwoicie pojeździć. To chyba jakieś pierwotne instynkty sprawiają, że taplanie się w błocku na rowerze jest w jakimś sensie świetną zabawą. I wcale nie bezcelową, bo radzenie sobie w mokrych warunkach da nam kilka punktów do techniki.


















Ale żeby nie było tak przyjemnie, to pozostawiam Waszej wyobraźni obraz jaki malował się po powrocie. O ilości pracy i czasu jaki potrzebny jest na ogarnięcie się, też nie będę wspominać. Dobrze, że tu, gdzie mieszkamy, zakwaterowanych jest też wielu innych rowerzystów, więc tony mokrych ciuchów przekonały Panią Właścicielkę do włączenia ogrzewania... Nie ma innej opcji, jutro wracamy na trasy!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Projekt Ewa , Blogger