7/24/2015

24. lipca, czyli dzień oficjalnego przejścia na rowerową stronę mocy :)


Notka typu smęty z odmętów... ;)


 

Jeszcze nigdy nie byłam tak bez kondycji jak na początku 2015 roku. Choć do wjeżdżania windą na pierwsze piętro było mi jeszcze szalenie daleko, to
chyba nigdy nie czułam się aż tak zaniedbana. Oczywiście, że było mi źle ze sobą. Nie w kwestii proporcji ciała, bo te zmieniają co najwyżej w granicach 5kg w obie strony na przestrzeni lat, co jest właściwie nie zauważalne. Czułam jednak jak mięśnie wyparowują ze mnie, ciało traci gibkość, sprężystość i nie wiem, co jeszcze... Niektóre zadyszki mogę wytłumaczyć astmą, czy tym, że nie wzięłam tabletki od alergii, ale wtedy było to po prostu sapanie z braku kondycji...

I tak wegetowałam sobie jakiś czas... Czytałam relacje z biegów górskich, oglądałam rowerowe filmiki, sprawdzałam terminy wydarzeń. A tyłu głowy zaczął mi chodzić Twardziel... Chodził tak długo, aż w końcu wydeptał myśl, że powinnam na niego pójść. Spontanicznie (aaa, szybko zanim do mnie dotrze, że to bez sensu/nie dam rady/nie wyrobimy organizacyjnie), bo ilość miejsc mocno ograniczona, a zainteresowanie tą imprezą w ultrasowym świecie co raz większe, zapisałam się... To była PIERWSZA właściwa decyzja w tym roku. Bo cóż, dwa miesiące na przygotowanie się do przejścia 100km (nie, tym razem nie miałam złudzeń, że przebiegnę choć część trasy), powinno wystarczyć. (Powinno, gdybym miała czas trenować, a z tym było straszliwie ciężko...). W między czasie Mój Mąż wziął udział w zawodach DH na kieleckim Telegrafie. Nie żeby konkurować. Zrobił to dla zabawy, chciał się sprawdzić sam dla siebie. I od momentu kiedy poczułam ich atmosferę, poczułam emocje jako obserwator i kibic, przepadłam...

 Miło było opowiedzieć swoje przeżycia z Twardziela dla NPM

Twardziela przeszłam, nawet z godziną zapasu. Narastało jednak we mnie wrażenie, że ostatni (czyli trzeci w życiu) raz mam ochotę pokonywać tę konkretną trasę marszem, więc skoro już to zrobiłam, to wychodzę sobie jeszcze te 190 km na tytuł Super Piechura. Byłaby to odpowiednia mobilizacja do trwania w dobrych nawykach, gdybym... nie zaczęła rowerować. Studiuję w weekendy, więc w maju i czerwcu przepadały mi wszystkie marszowe imprezy. Jedyny weekend, jaki udało mi się wygospodarować, to Emeryk, czyli znów rower.

Po sesji, czyli już na początku lipca, okazało się, że czas na rowerowanie spokojnie udaje się wyrwać, nawet kilka razy w tygodniu. Pierwsze hopy, szybsza jazda (uwaga, jest to pojęcie WZGLĘDNE, gdyż daleko mi do prawdziwie szybkiej jazdy :P), przełamywanie się na stromych odcinkach(j/w) i chodzenie stało się...nudne?



Dlaczego piszę o tym wszystkim dziś? Bo dziś wieczorem rozpocznie się pierwszy z trzech ostatnich rajdów, które musiałabym przejść, aby wyrobić te 190km do tytułu Super Piechura. To ostatnia możliwość w tym roku. Uznałam, że jest to właśnie dzień zmiany, bo nie pójdę na ten rajd. Wybrałam się za to rano na Telegraf. Mimo, że miałam ze sobą nie najlżejszy plecak z rzeczami do pracy, mimo, że nie byłam wypoczęta, mimo że wciąż odzywa się nadgarstek i bark, po jednej z gleb i mimo, że było w okolicach 30*C... Teraz, pisząc to i szamiąc sałatkę owocową cieszę się na kolejne wyjście na rower z Mężem, np w niedzielę. Byleby tylko pogoda nie była zbyt tragiczna, bo nawet „zła” ciągle będzie akceptowalna. Taki to sport. 

Po prostu decyduję się inwestować swój czas i energię w aktywność, która sprawia więcej frajdy i otwiera cały kosmos nowych możliwości.

I oby to była DRUGA słuszna decyzja w tym roku :).

Pewne widoki, jak np. ze "szczytu" Telegrafu nie mogą się znudzić :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Projekt Ewa , Blogger