O czym to ja pisałam? Że zmiany?
Że ciężka praca? Że wyzwanie? Chyba powinnam jednak zacząć od tego, że…
hamulce!
Od, pi razy oko, 11 (!!!) lat mam
genialny rower. W pewnym sensie należy on także do mojej Siostry, jednak jakiś
czas temu został przejęty przeze mnie (poprzez zajeżdżenie). Owy rower jest najlepiej spisującym się
rowerem o jakim słyszałam, bo przez te 11 lat nie miał najmniejszej ochoty
zepsuć się, czy odmówić posłuszeństwa. Oczywiście, jako małe dzieci biegałyśmy
do piwnicy regularnie go czyścić oraz mniej lub bardziej regularnie (w
zależności, czy któraś z nas miała na przykład kilka miesięcy weny na jazdę na
rowerze) wyciągać go na przejażdżki. Rower jest modelem o tzw. „damskiej” ramie
i dosyć szerokich, raczej nie-miejskich, oponach. Spisuje się elegancko zarówno
w mieście, jak i w niezbyt ekstremalnym terenie leśnym. Przerzutki działają bez zająknięcia i wydaje
mi się, że wielu znajomych ma więcej problemów ze świeżo upolowanymi markowymi
modelami, niż ja z tymi. No i moja duma największa: dynamo! ;]
Tak
sobie śmigam na tym rowerku, od jakichś dwóch lat niemal przez wszystkie pory
roku: do pracy, na uczelnie, do znajomych… Tak sobie śmigam i nie zauważam, jak
z hamulca zrobił się… zwalniacz. Wierzcie lub nie, ale dopiero mój Mąż kawał
czasu temu uświadomił mi przerażony, że ja jeżdżę bez hamulca. „Hola hola!
Jakie bez hamulca?! A to niby co jest?”- ścisnęłam za klamkę, a wtedy on bez
problemu zakręcił korbą i poruszył tylnym kołem, prezentując na podniesionym
rowerze grozę sytuacji. Nim zdążyłam w ogóle zastanowić się, jakim cudem
jeszcze nie zginęłam, mój Mąż przybiegł już z nowymi klockami hamulcowymi. Po
zamontowaniu ich, sytuacja zmieniła się na tyle, że z braku hamulców, zrobiły
się zwalniacze. Ilekroć później miałam okazję dosiąść „obcy rower”, zawsze
zarzucało mną przy hamowaniu, albo prawie wypadałam przez kierownicę.
Jako,
że wycieczka do serwisu z moim rowerem przesuwała się z miesiąca na miesiąc
(znajomy zdiagnozował przypadłość jako typową i prostą do naprawy, jednak
wymagała właśnie wizyty w serwisie), to po prostu nauczyłam się zwalniać
tylnym, a hamować przednim hamulcem (czasem na Flinstona) albo nie skręcać w
prawo, kiedy jadę ze stromej górki (if you know, what I mean). I pewnie żyła
bym sobie tak jeszcze długo, gdybym właśnie nie postanowiła całkowicie zmienić
swojego rowerowego życia…
Pierwsze wyjście na rower, w moim
nowym rowerowym życiu, kiedy to miałam
okazję dosiąść zacnego Wisha mojego Męża oraz miłego Krossa Diany, mogę
podsumować następująco: „hamulce…hamują i by zadziałały wystarczy po jednym
palcu na każdej klamce”… Tak.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz