5/05/2015

Hamulec? Hamulec!



O czym to ja pisałam? Że zmiany? Że ciężka praca? Że wyzwanie? Chyba powinnam jednak zacząć od tego, że… hamulce!
Od, pi razy oko, 11 (!!!) lat mam genialny rower. W pewnym sensie należy on także do mojej Siostry, jednak jakiś czas temu został przejęty przeze mnie (poprzez zajeżdżenie).  Owy rower jest najlepiej spisującym się rowerem o jakim słyszałam, bo przez te 11 lat nie miał najmniejszej ochoty zepsuć się, czy odmówić posłuszeństwa. Oczywiście, jako małe dzieci biegałyśmy do piwnicy regularnie go czyścić oraz mniej lub bardziej regularnie (w zależności, czy któraś z nas miała na przykład kilka miesięcy weny na jazdę na rowerze) wyciągać go na przejażdżki. Rower jest modelem o tzw. „damskiej” ramie i dosyć szerokich, raczej nie-miejskich, oponach. Spisuje się elegancko zarówno w mieście, jak i w niezbyt ekstremalnym terenie leśnym.  Przerzutki działają bez zająknięcia i wydaje mi się, że wielu znajomych ma więcej problemów ze świeżo upolowanymi markowymi modelami, niż ja z tymi. No i moja duma największa: dynamo! ;]
                Tak sobie śmigam na tym rowerku, od jakichś dwóch lat niemal przez wszystkie pory roku: do pracy, na uczelnie, do znajomych… Tak sobie śmigam i nie zauważam, jak z hamulca zrobił się… zwalniacz. Wierzcie lub nie, ale dopiero mój Mąż kawał czasu temu uświadomił mi przerażony, że ja jeżdżę bez hamulca. „Hola hola! Jakie bez hamulca?! A to niby co jest?”- ścisnęłam za klamkę, a wtedy on bez problemu zakręcił korbą i poruszył tylnym kołem, prezentując na podniesionym rowerze grozę sytuacji. Nim zdążyłam w ogóle zastanowić się, jakim cudem jeszcze nie zginęłam, mój Mąż przybiegł już z nowymi klockami hamulcowymi. Po zamontowaniu ich, sytuacja zmieniła się na tyle, że z braku hamulców, zrobiły się zwalniacze. Ilekroć później miałam okazję dosiąść „obcy rower”, zawsze zarzucało mną przy hamowaniu, albo prawie wypadałam przez kierownicę.
                Jako, że wycieczka do serwisu z moim rowerem przesuwała się z miesiąca na miesiąc (znajomy zdiagnozował przypadłość jako typową i prostą do naprawy, jednak wymagała właśnie wizyty w serwisie), to po prostu nauczyłam się zwalniać tylnym, a hamować przednim hamulcem (czasem na Flinstona) albo nie skręcać w prawo, kiedy jadę ze stromej górki (if you know, what I mean). I pewnie żyła bym sobie tak jeszcze długo, gdybym właśnie nie postanowiła całkowicie zmienić swojego rowerowego życia…
Pierwsze wyjście na rower, w moim nowym rowerowym  życiu, kiedy to miałam okazję dosiąść zacnego Wisha mojego Męża oraz miłego Krossa Diany, mogę podsumować następująco: „hamulce…hamują i by zadziałały wystarczy po jednym palcu na każdej klamce”… Tak.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Projekt Ewa , Blogger