No to się zapoznałam z nowym rowerem. Jak widać na
załączonych obrazkach: było wylewnie, serdecznie i czuło. W sumie cały czas jest
czuło, zwłaszcza na kolanie.
Po miesiącach poszukiwań funduszy, tygodniach przeglądania
ogłoszeń (ukłon w stronę mojego Męża), kombinowania jakich części użyć by było
tak, jak trzeba... Mam rower!
Jako, że nasz wolny czas jest szalenie ograniczony, tak więc
jedyną możliwością wybrania się pojeździć, było wyjście grubo po godzinie 21 na
pobliskie osiedle. Szczególną mobilizacją okazało się fakt, iż następnego dnia
wybieramy się naszą trzyosobową drużyną na 100 km rajd. Rowerowy, oczywiście.
Więc jak każdy rozsądny człowiek, musiałam wcześniej przetestować zupełnie nowy
rower. Jako, że maszynka do szosówek nie należy, testowanie zakończyło się przyśpieszoną
lekcją sprawnego wjeżdżania na krawężniki oraz z nich zjeżdżania, a także
pierwszymi, bardzo mało popisowymi bunny hopami... W przeciwieństwie do śladów
na moich nogach, które należą do zdecydowania bardziej efektownych. Stawałam na
głowie, żeby uchwycić cały ich czar i urok, ale widocznie nożne selfie nie jest moją specjalnością :P.
Nowemu rowerowi, jako całości będzie oczywiście poświęcony
osobny wpis. Tak jak i wycieczce, na której zakończyłam jazdę na poprzednim rowerze,
o którym kiedyś wspominałam i który nawet do końca nie jest mój. No i
oczywiście relacja z rajdu gwarantowana, tym bardziej, że nie jestem jedyną
osobą z naszej drużyny, która wybiera się na nowym rowerze....;]


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz