5/08/2015

Twardziel 2015



            Rower rowerem, ale etap, na którym JESZCZE jeździ się bardzo asekuracyjnie, a w dodatku na pożyczonym od Męża rowerze jest, co tu dużo mówić…nuuuuuuudny! A w życiu potrzeba wyzwań, emocji, celów, aktywności, działania, już teraz natychmiast! Tak więc rachu-ciachu, bojowe warkocze zaplecione i ruszamy na czerwony szlak Massalskiego, by zostać Twardzielem Świętokrzyskim.
No może aż spontanicznie to nie było ;). Zapisy w ściśle określonym czasie, jak szybko się zaczęły, tak jeszcze szybciej się skończyły. Trzeba było sprawnie dopełnić formalności jeszcze w lutym. Potem długie tygodnie oczekiwania, próby podratowania kondycji bieganiem, jazdą na rowerze, czy ćwiczeniami „domowymi” oraz rozmyślania „hm, a może jak powiem organizatorom, że nagle, zupełnie niespodziewanie się rozchorowałam, to może zwrócą mi wpisowe?”… Z treningu na trening byłam co raz bardziej przekonana, że jeszcze nigdy nie byłam tak słabo przygotowana do Twardziela. Nim zdążyłam stchórzyć, było już za późno. Nadszedł TEN dzień, w którym po spakowaniu się grzecznie stawiłam się w punkcie zbiórki, odebrałam swój nowy numerek i obserwowałam sobie ludzi którzy startują w tym roku. A trzeba przyznać, że biegaczy przybywa… Jest to grupa, którą staram się podziwiać, jednak nie do końca jestem w stanie, bo nie do końca potrafię uwierzyć, iż można przebiec 100km. Kiedyś z prawością sprawdzę ;).
Wyruszyliśmy o godzinie 20 z Gołoszyc. Kto nie słyszał o takim miejscu, śpieszę z wyjaśnieniem, że jest to wieś położona przy drodze nr 74, między Kielcami a Sandomierzem, bardzo blisko Opatowa. Drogę wyznacza przede wszystkim, wspomniany wcześniej, czerwony szlak im. Edmunda Massalskiego, który ma początek właśnie w Gołoszycach. Po starcie, z minuty na minutę, peleton piechuro-biegaczy rozciągał się co raz bardziej. Dzielnie udając, że fantastycznie znoszę narzucone tempo, nie chciałam zatrzymać się nawet na moment, by zawiązać buta, z obawy, że zgubię grupkę piechurów, do której akurat się przyłączyłam. Szybkość jaką narzucili wróżyła bardzo miły czas na półmetku, ale dla mnie ważniejsze było, by nie włóczyć się samotnie w ciemnościach ;). Ostatecznie, jeszcze wiele razy tej nocy zmieniałam towarzystwo, ale to jest właśnie ogromny plus tego, że wyruszyłam sama- mogłam iść z osobami, których tempo aktualnie mi pasowało, bądź akurat mobilizowało.


 

Pierwsze 12,5 kilometra: zasapałam się (w końcu jestem astmatykiem), ale było spoko. Na nocną zupkę, ok. 34. kilometra dotarłam jeszcze radosna i pełna siły. Łysica nad ranem? Miodzio! Jeden z moich ulubionych momentów…który niedługo potem zmienił się w bardzo niemiła niespodziankę. Oczywistym jest fakt, że kiedy wybieram się sama, to zdarza mi się przeanalizować w domu mapkę. Jednak tym razem nie pofatygowałam się, żeby z czeluści półki wyciągnąć mojego dokładnego laminiaka i całe swoje teoretyczne przygotowanie oparłam o pseudo-mapkę organizatorów. A ona nie ma poziomic (phi, zignorowałam)… Tak więc okazało się, że zupełnie z zaskoczenia musiałam pokonać jeszcze dwa wzniesienia po drodze Wymyśloną (absolutnie cudna nazwa<3) oraz Radostową.



Na 50. kilometr dotarłam sponiewierana do tego stopnia, że już tam myślałam o zakończeniu wycieczki. Do porządku przywołał mnie zegarek, który wskazał godzinę 6:06 już po całym rytuale związanym z jedzeniem, piciem, przepakiem itp, co było bardzo dobrym czasem. Pokrzepiona ruszyłam dalej z myślą, że mam bardzo dużo czasu i jeśli mam się poddać, to nie wcześniej niż na 75km.



 Tam sytuacja się powtórzyła: „Taki dobry czas? Przecież zdążyłabym się przeczołgać do mety!”. Oczywiście to zdanie okazało się absolutną przesadą, ale wystarczyło jako mobilizacja. No i cóż, jestem Twardzielem Świętokrzyskim :).




Oczywiście, że nie było ani miło ani przyjemnie. Miło najczęściej jest do 50 kilometra. Tym razem może nie do końca było, bo nie spodziewałam się dodatkowego wysiłku po Łysicy. Do 75. kilometra można iść bez stresu. Jeśli tam skończymy, najpewniej następnego dnia odnajdziemy ze dwa zabłąkane bąble na stopie i może jakiś jeden zakwas w mięśniu, o którego istnieniu nie pamięta się na co dzień. Jednak nie oszukujmy się, ostatnie 25 kilometrów (bądź 27, jak twierdzą niektórzy, doszukujący się teorii spiskowych) jest drogą bólu, zwątpienia na zmianę z mobilizacją, bólu, nadziei, bólu i hm, wspominałam już o bólu?
Na metę wbiegłam (tak, tak ostatnie 150m przebiegłam!) godzinę przed czasem, a to znaczy, że przebyłam 100km w 21 godzin. Nie jest to wynik wart zapisania gdziekolwiek, ale to nie ma znaczenia. Jeśli nie odstraszyło Was ostatnie zdanie przedostatniego akapitu to ruszajcie w przyszłym roku. Ruszajcie, a zobaczycie, co Twardziel zdziała w Waszej psychice. Zobaczycie, że zdziała.




 Ps. To absolutny skrót skrótu relacji z Twardziela. Wydaje mi się nawet, że jest o trochę obraza dla całego wydarzenia, jednak główny nacisk chciałam położyć na to, że DA SIĘ! Bez kondycji maratończyka, z astmą i krzywym kręgosłupem, bez umówionego towarzysza. Wszystko jest w głowie. I nie ufajcie obdartym i bolącym do granic wytrzymałości stopom- one mogą dużo więcej niż się wydaje!

Ps.2. Ta natrętna, podstępna i nie do końca legalna myśl… ile czasu zajęłoby pokonanie trasy Twardziela rowerem…?;)

Ps. 3. Tak, zdjęcia robione rzepem od rękawa...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Projekt Ewa , Blogger