Staram się wyciągać Męża na rower
wtedy, kiedy na Telegrafie może nie być tłoczno. Pisząc „staram się wyciągać”
mam na myśli to, że to ja proponuję rowerowe wypady, a nie to, że mojego Męża
trzeba na rower namawiać. Wręcz przeciwnie ;).
Zależy mi na kameralnej
atmosferze z dosyć oczywistych względów. Zdecydowanie nie czuję się pewna
siebie, wstydzę się tego, że jeszcze nie skaczę hop (i nie będę skakać, póki
nie dorobię się własnych dwóch kółek), jeżdżę tempem wolno-Krupówkowym i…
zwracam na siebie uwagę. „O, tam jedzie dziewczyna! Dziewczyna tam
jedzie!”-wykrzykiwały jakieś chłopaczki przez dobre kilka minut. No zgadza się,
jechała dziewczyna. Super początkująca i w dodatku w tej części cyklu, która
wyzwala instynkt mordercy…
To oczywiste, że będę zwracać
uwagę, bo niewiele kobiet w Kielcach uprawia kolarstwo bardziej „terenowe”.
Jednak jeszcze przez chwilę postaram się nie rzucać w oczy. W ostatnich
kieleckich zwodach, memoriale Edwina Chlewickiego, nie startowała żadna
kobieta, co nie znaczy, że kobiety downhillu nie uprawiają. Jest ich po prostu
znacznie mniej, a ich czasy są nie porównywalne do czasów, jakie osiągają faceci.
Zdarzało mi się oglądać relacje z MŚ, w których najlepsze kobiety uplasowałyby
się pod sam koniec „męskiej” listy. I to też jest najbardziej normalną sprawą
na świecie, bo jesteśmy inaczej zbudowane fizycznie i psychicznie. Idealnie do tych rozmyślań rzucił mi się w oczy dosłownie przed chwilą artykuł z Portalu
Tatrzańskiego. Króciutko, na temat i powiedzmy, że w większości zgadzam się ze
zdaniem autorki, więc nie będę parafrazować, a zachęcam do przeczytania
oryginału http://portaltatrzanski.com/felietony/item/2487-po-co-w-gorach-kobiety.
Zawsze twierdziłam, iż mój instynkt
samozachowawczy jest bardziej rozwinięty niż u mojego Męża. Ale skoro teraz
ciągnie mnie do enduro i dowhillu, to
może mój instynkt też próbuje mnie przed czymś uchronić? Na przykład…
przed śmiercią spowodowaną sportową stagnacją?:D



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz